Był Sztokholm. Było Oslo. Był Amsterdam i zachodnie Niemcy. Był Tallin i była Szkocja. Pod koniec maja przyszedł czas na ostatnią dłuższą wycieczkę - tym razem na Wschód - Petersburg.Strasznie się ekscytowałam na ten Petersburg, bo kojarzył mi się jako miasto pełne kultury. Naczytałam się książek, w których ciągle się Petersburg przewijał i chciałam zobaczyć to opiewane przez wielkich miasto.
Im bliżej wyjazdu, tym bardziej czułam, że mi nie na rękę. Przez pięć ostatnich miesięcy prowadziłam życie włóczykija i w pewnej chwili zaczęłam doceniać spokój spania ciągle w tym samym łóżku. Od szlajania się po całej Europie łydki urosły mi niemiłosiernie, zamiast mięśni mam duże, twarde kule ;)
Ale Petersburg był zabukowany już od dawna. To była jedyna wycieczka, którą postanowiłam zakupić w biurze podróżny. Przyczyna jest prosta, a mianowicie konieczność posiadania wizy. W Helsinkach wyjazdy do Petersburga są atrakcją organizowaną obficie, bowiem jeśli jedzie się na maksymalnie 72 godziny z użyciem promu, to wyprawa jest bezwizowa. Na dłużej bądź innym środkiem transportu, wizę trzeba mieć. Stwierdziłam zatem, że skoro to i tak mają być tylko trzy dni, i tak ma być prom, to wyluzuję i kupię wycieczkę. Pojechałam z Bair Travel Agency, ceny zaczynają się od 175 euro. Jak dla mnie było spoko, ale sporo osób narzekało na tę firmę, więc wyczajcie aktualnie panujące nastroje i sami zdecydujcie. Aczkolwiek ja raczej polecam.
Do Petersburga miałam jechać już w marcu, ale był taki lód na Bałtyku, że prom nie płynął. Zatem przebukowałam sobie tripa na maj i dostałam w gratisie wycieczkę po Ogrodach. Czyli ładnie postąpili. I Bair, właściciel agencji, jest bardzo miłym i ugodowym człowiekiem, da się z nim dużo załatwić.Z biegiem czasu okazało się, że na Russia trip uplasował się skład Kat, Ingrid i Nicolas :) Nie było Aniecki, więc nie było przypałów, ale i tak było miło :)
Sam Petersburg mnie jednak rozczarował. Chociaż nie chcę tym, którzy będą mieć plan, by się wybrać, mącić w głowie i zniechęcać. Jechać warto, zobaczyć i do widzenia ;) Nie no, z kulturalnego miasta wyszła dupa blada. W maju pełno jest turystów, tłok jest niesamowity, samochodów tyle co w Wawce na Świętokrzyskiej o 13:00 w środku tygodnia. Smog i cerkwie, no zajebiście :) Choć cerkwie niebrzydkie, za wszystko nie nadrobią. Ermitaż, czyli wielkie muzeum, przepiękne. Robi przeogromne wrażenie, ale to właściwie jedyna rzecz, która robi wrażenie. Reszta pozostawiła mi niesmak. Za dużo oczekiwałam po prostu. Na ten przykład, podjarałam się muzeum Dostojewskiego, które okazało się dwoma pokojami i salą ze zdjęciami ludzi, którzy i tak nic do mnie mi nie mówili ;)
To tak to było. Gdyby nie Ingrid i Nicolas, byłaby kiszka. Ale tak jak mówię, może nie ma co się sugerować moją opinią. Z jednej strony zakochana w maleńkich, cichych, wyludnionych Helsinkach ;) Z drugiej strony jedną nogą jeszcze w pięknej, słonecznej, zielonej Szkocji. Może dlatego chluba Rosji nie potrafiła podbić mego serca...
Co ciekawe, w Petersburgu jest dużo nawiązań do Holandii: tulipany, flagi, Latający Holender... Piotr I był zakochany w Holandii i podobno planował Petersburg na wzór Amsterdamu.
Co warto zrobić w Petersburgu? Warto iść o 1:30 obejrzeć podnoszenie mostów zwodzonych :) Widok jest fajny, zbiera się dużo stateczków, świecą światełkami i jest miło. Oprócz stateczków zbiera się sto tysięcy ludzi, więc też tłoczno. W maju jasno w środku nocy :) No i zobaczyłam Białe Noce. I też były takie, o. I pójdźcie jeszcze pozwiedzać czerwoną linię metra. Stacje są naprawdę ciekawe. Tu można poczuć ten "kulturalny" Petersburg. Jeszcze do niedawna nie można było robić zdjęć na stacjach, teraz już tak, jednak koniecznie - bez lampy. Bo to zabytki są ;)
A jakby Wam się Petersburg znudził, to Newą dopłyniecie i do Moskwy, i do Tallina, i do Kijowa :)
Enjoy!