poniedziałek, 28 marca 2011

Wybrzeże Helsinek pod koniec marca

Witajcie :)

Wróciłam. Cała i zdrowa. I zadowolona. Amsterdam, wiadomo, wart zobaczenia. Rowerami obecnymi wszędzie w liczbie przewyższającej moje zdolności liczenia zdobył moje serce. Ale ma też swoje wady. Jak dla mnie Amsterdam to sex, drugs but no rock&roll. Czyli nic, co może mnie zainteresować. No, ale te rowery... :) Ciągle o nich myślę, brakuje mi mojego... Mam nadzieję, że ciągle stoi, bo Michał mówił, że idzie pierwszy do sprzedania w razie biedy ;) I ciągle nie mam dobrego pomysłu, jak wykombinować rower w Helsach - teraz już tylko na dwa miesiące...

Znów mam głuchą i ciemną noc. 2:20 i nie mam pojęcia, co zrobić, by zasnąć. Postanowiłam zatem pokazać Wam zdjęcia z ostatniej wyprawy, o której Wam wspominałam w poprzednim poście. Część z nich jest na FB, ale nie wszystkie. Nie będzie dziś dużo pisania, bo słucham nowej płyty Roguckiego po raz pierwszy (solowy projekt, dacie wiarę?, Piotrek próbuje wycisnąć nas, głupich w swojej bezgranicznej wierności, fanów do ostatniej kropelki :/ no ale słucham, wiernie słucham, zobaczymy...) i strasznie się wsłuchuję i skupiam, bo utwory pokręcone są, zmienne bardzo i nie dają mi spokoju. Zatem zdjęcia tylko do pooglądania wrzucam, w moim odczuciu są najbardziej wartościowe ze wszystkiego, co Wam pokazywałam do tej pory. Finland is all about nature - tak powiedział Jorge, ma zupełną rację i gdy patrzę na zdjęcia z tej wycieczki, widzę to wyraźnie. Taką Finlandię uwielbiam i do takiej będę całe życie wracać. Aczkolwiek zdałam sobie sprawę z tego, że wkrótce miną trzy miesiące, a ja tak naprawdę nie mam za sobą zwiedzania Helsinek. Gdzieś tam chodzimy od czasu do czasu, ale głównie są to właśnie wyprawy z celem "robienia zdjęć śniegu". Wkrótce przyjeżdża Marta i mam poważny dylemat, bo nie wiem, co w Helsinkach trzeba zobaczyć. Tavastię na pewno ;)












PS. W Finlandii mamy coś takiego jak Prisma. Jest to sieć hipermarketów, w których można znaleźć dosłownie wszystko. Tak mi kiedyś powiedziała Muriel, oczywiście ja wszystko, co jest "zawsze", "nigdy", "wszystko" bądź "każdy" traktuję z przymrużeniem oka, ale myślałam, że mnie oczy mylą, jak znalazłam tam dziś dokładnie taki pasek, jakiego szukam od pół roku (również w necie). Zatem polecam Prismę - jest tam wszystko! ;) Nie mówiąc już o zajebistych cuksach na wagę - można sobie wybrać przeróżne rodzaje (smaki, kolory i kształty), których jest z kilkaset, pomieszać i powrzucać do jednej torebki a potem delektować się w długie, zimowe i samotne noce ;)

niedziela, 20 marca 2011

cmentarz Hietaniemi i Lama

Hej :) Dziś będzie krótko i szybko. Nie mam zbyt dużo czasu, ale jutro wyjeżdżam, więc znów długo mnie nie będzie. Jadę, choć jak zwykle nie obeszło się bez przygód. Celem mej podróży jest Amsterdam, jechałam tam w połowie po to, by spotkać się z kumplem, który niestety wystawił się na mnie i właściwie w ostatniej chwili (wczoraj) wysłał mi maila, że zwija manatki i rusza do Polszy. Inna sprawa, że znając Tomka, spodziewałam się takiego rozwoju spraw, więc suma sumarum stwierdziłam, że jadę i co będzie, to będzie. Najprawdopodobnie wyląduję w Niemczech - mam nadzieję na to, więc trzymajcie kciuki. I módlcie się za mnie, proszę! A Tobie, Tomaszu, serdecznie dziękuję za przyjacielski gest w postaci poinformowania mnie, gdzie mnie masz :| Byłoby głupio nieco, jak bym się o tym dowiedziała jutro na lotnisku w Amsterdamie.

Dobra, koniec ogłoszeń, czas przejść do rzeczy. Pokażę Wam dziś parę zdjęć z wczorajszych wojaży. Zaplanowaliśmy wycieczkę do Porvoo, jednak zima wczoraj znów się odezwała i od rana padał śnieg, więc zrezygnowaliśmy. W zamian szwędaliśmy się po cmentarzu Hietaniemi. Jest pełen bardzo ciekawych, czasem pięknych rzeźb, więc naprawdę warto. Lepiej pewnie wybrać się tam latem (tudzież późną wiosną), ale cóż... Na samej górze pokazuję Wam moją kumpelę Holenderkę Ingrid, która siedzi sobie w Lamie - tym bardzo fajnym południowo-amerykańskim pubie z huśtawkami przy barze. Naprawdę świetnie miejsce, polecam (i jeszcze raz przypominam, ulica - Iso Robertinkatu).



Dziś mamy w planach polską wycieczkę po Helsinkach - trzy Polki i Fin zakochany w Polsce :)

Uciekam, zaraz Aga przychodzi. Jeszcze raz - proszę, trzymajcie za mnie kciuki w Amsterdamie :) Żebym nie zginęła, żebym się odnalazła, żebym się na pociągi i samoloty nie spóźniła i w ogóle. Chciałam samotnych wojaży - to mam! Ale i tak wierzę, że pozytywne myślenie przesyłane od przychylnych mi osób, może mi się bardzo przydać :)

Pozdrawiam!!!

wtorek, 15 marca 2011

Nocne zbieranie różności

Dobry wieczór :)

Mamy wtorkową noc, trzecią noc z rzędu w towarzystwie denerwującej mnie bezsenności. Chociaż ten post był zaplanowany na sobotę, jak zapewne zdążyliście już zauważyć, plan uległ zmianie. Piszę dziś, bo spać nie mogę, a szkoła mi bokiem wychodzi. Chociaż, muszę Wam powiedzieć, że udało mi się dziś odpowiedzieć na wszystkie pytania na egzaminie - a było ich aż trzy - więc może uda mi się zdać :) Na szczęście, mimo niedosypiania, humor mnie się trzyma, więc może jeszcze trochę pożyję ;)

Dobrze, przejdźmy do konkretów, bo przydługi wstęp wyszedł. Miałam Wam napisać o świętach, bo ktoś mnie zmaltretował - Michał czy nie Michał? Chyba Michał. Anyway. Przeżyłam tu Walentynki, ale tak niezupełnie do końca, bowiem byłam wówczas w Sztokholmie. Jednakowoż nie zauważyłam właściwie żadnych serduszek, nic mi się w oczy nie rzuciło z żadnych miłosnych dupereli, więc śmiem twierdzić, że Walentynki nie są świętem hucznie obchodzonym w Finlandii. Aczkolwiek muszę Wam powiedzieć, że trochę się teraz boję rzucać takimi tezami, bo chyba jestem czytana przez osobników dłużej tu przebywających, więc podkreślam raz jeszcze, że piszę tu ekstremalnie subiektywnie :)

Luty minął i przyszło kolejne, równie zajebiste jak Walentynki, święto, a mianowicie Dzień Kobiet. I tutaj już nieco żywiej ono przebiegło - a mianowicie widziałam dwóch, trzech panów z kwiatkami. Ku memu zaskoczeniu - żadnej pani z kwiatkiem ;) Tak, na pewno był to 8. marca :) Zatem w tym momencie mych rozważań pojawia się kolejna teza - Dzień Kobiet również jest słabiej obchodzony niż w Polsce. Warszawa zamienia się w chodzącą kwiaciarnię w ten dzień, tu jednak dzieje się to znacznie spokojniej. W sumie dobrze. Osobiście bardziej mi podchodzi fińskie podejście niż nasze, polskie.

Finowie lubią obchodzić różne święta i okazje za pomocą czegoś, co nazywają "sit sit". Akcja polega na tym, że się zasiada przy stole zastawionym wysokoprocentowym alkoholem (zupełnie jak w Polszy!). Koniecznie panowie i panie na zmianę tak, by mieć osobników płci przeciwnej po obu stronach i na przeciwko. Po zasiądnięciu następują różne zabawy polegające głównie na śpiewaniu piosenek razem z wodzirejem (oczywiście in Finnish) i piciu brudzi. Podobno jest fajnie, aczkolwiek nie stawiam sobie udziału w takowej imprezie za questa.

Finowie mają również bardzo fajną niedzielę (Laskiais sunnuntai), a zaraz potem równie fajny wtorek (Laskiais torstai), w które to dni śmiga się do woli na sankach tudzież łyżwach, tudzież co kto lubi, i robią to wszyscy, bo taki jest zwyczaj :) W tym roku odbywało się to na początku marca, aczkolwiek nie wiem, jak jest w innych latach. Po intensywnym uprawianiu sportów zimowych Finowie oczywiście idą jeść, jak to w święta. Jedzą zupę grochową (fuj, nie próbowałam, ale nie zamierzam), a na deser... uwaga, uwaga... to będzie mocne... laskiaispulla! Jedna z najpyszniejszych rzeczy ever, przebija nawet salmiakki. Jest to zwykła bułka, jednakowoż jest w niej coś niezwykłego, bowiem smakuje wyśmienicie (i nie dlatego, że mi smakują tylko słodycze), w środku ma taki jakby kremik i dżemik. I mam dla Was niespodziankę :) Przepis! Ola, Ty lubisz piec i wiem, że świetnie Ci to wychodzi, spróbuj koniecznie! :)

Ostatnio Pani Pawlikowska-Jasnorzewska mnie ujęła. Do śniegu.

Śniegu,
Baranku Boży!
Gładzisz grzechy świata
I białymi lokami brzydotę rozmiatasz…
Wkoło igra iskrami pogoda szczęśliwa,
A ty klęczysz –
I śmietnik
Piersiami zakrywasz.

Ładny. Ciągle mam go na myśli ostatnio, gdy wychodzę z domu. Temperatura wzrasta systematycznie, ostatnio było +6C. Słuchajcie, zawsze wiosna wzbudza we mnie jakiś niepokój, ale tym razem to zwyczajnie chcę białego śniegu. Nadal! Teraz jest brudno i szaro, pod moimi oknami zwały jakiegoś paskudztwa. Niestety Helsinkom w przedwiośnie daleko nawet do Warszawy, choć i ona urodą nie grzeszy...

Trochę dziś skaczę tematycznie, ale nic się nie dzieje, co mogłabym opisać, bo niby co ma się dziać, jak spędzam dni na youtubie, facebooku i z nosem w notatkach? Zrobiłam taki wstęp, bo chciałam Wam powiedzieć coś paskudnego :) A mianowicie, chociaż naprawdę wielką sympatią darzę Finów, mimo tego, że wypowiadają się w tempie ślimaka na spacerze w leniwą niedzielę, to zatrważa mnie dość częsty w Helsinkach widok - widok panów sikających na środku ulicy! Naprawdę, mówię serio. Wielu z nich nawet nie pokusi się o to, by podejść pod ścianę. A zdarzają się i tacy, co robią pod najjaśniejszą z latarni na Kamppi. No nie do wiary, no! :)

Aha, mam ogłoszenie duszpasterskie do Jamesa, skoro już jestem przy temacie Finów. Pamiętam o zadaniu, które mi zleciłeś, niestety moje materiały antropologiczne nadal są niezmiernie ubogie. Naprawdę nie wiem, z czego śmieją się Finowie. Nie mam pojęcia, co ich bawi. Trochę oczywiście rozważałam temat /tak, moje życie jest bardzo ubogie i często nie mam, o czym myśleć ;)/ i na ten przykład, moja koleżanka Finka, Laura, uśmiecha się dosyć często, ale tak żeby się z czegoś śmiała, to jeszcze nie widziałam. Ohto z kolei ma taki dziwny wyraz twarzy, jakby się ciągle delikatnie uśmiechał, ale to raczej jego ogólne pozytywne nastawianie do ludzkości wszelakiej, a szczególnie polskiej (moim zdaniem gościu ma lekkiego świra, a w sumie ludzie z pasjami są fascynujący, prawda?). Tylko że Ohto też się nie śmieje w głos. Macie jakieś pomysły, czym mogłabym ich popróbować rozśmieszyć? :P Bo metoda badawcza polegająca na obserwacji uczestniczącej jak widać rezultatów nie daje, trzeba zapodać jakiegoś bodźca moim drogim respondentom :) Na pewno Jarek coś wymyśli ;)

Wiecie co? Pamiętacie salmiakki? Trochę sporów miało miejsce tu i na fejsie, co to tak naprawdę jest, ale nie martwcie się /bo się martwicie, prawda? ;)/ - znalazłam rozwiązanie na moje problemy z ogarnięciem się :) Człowiek widmo Wam opowie. Podobno, mimo swojego jednoznacznego imienia, istnieje naprawdę i na dodatek mieszka w Helsinkach. I pisze (a raczej pisał) bloga, który - niestety - oceniam jako znacznie bardziej wartościowy niż mój. No to salmiakki - poczytajcie, wszystko ładnie i precyzyjnie wyłożone :)

I jeszcze coś, co podpatrzyłam u Dawida - wiem, że między nami są fani Monty Pythona, więc proszę bardzo, mnie utwór zauroczył ;) Jak to mawia Mauricio, Meksykańczyk, Finland - cold, far and lovely corner of the world :)

To jak już tak się rozpędziłam z youtubem, to polecam Wam posłuchać opowieści o zaskakującej treści Finki, która w moim odczuciu jest bardzo fińską Finką :) Zwróćcie uwagę na problem alkoholu - jak to w końcu jest? Kto pije więcej - Polacy czy Finowie? :)

No to już pójdę, choć raczej jeść, niż spać :|

Ściskam! :)

czwartek, 10 marca 2011

Codzienność :)

Moi!

Na dziś mam tematy bardziej przyziemne :) Nie będzie o wycieczkach, zwiedzaniu ani imprezowniach. Będzie o codzienności :P Czyli drobiazgi i głupoty wszelakie made in Finland.

Na dobry początek zajrzyjmy do łazienki. Szczegółowiej interesuje nas prysznic. Przyjrzyjcie się zdjęciu od góry. W Finlandii nie widziałam jeszcze prysznica, gdzie byłby brodzik. Tu nie używa się brodzików w ogóle. Podłoga jest tak zbudowana, że woda spływa do otworu odpływowego.
Że się pryska, mówicie? A i owszem, trudno w takiej łazience wziąć prysznic tak, by nie nachlapać na całej podłodze. Ale i z tym Finowie sobie świetnie radzą. Mianowicie każda łazienka wyposażona jest w specjalne urządzenie. Nie mam zielonego pojęcia, jak to się nazywa, nie mam nawet pomysłu na przybliżoną nazwę, więc nie mogę za bardzo wygooglować, a zapomniałam zrobić zdjęcia, ale generalnie narzędzie ma podłużną, długą rączkę do trzymania, a na dole, prostopadle do rączki, podłużne metalowe/plastikowe coś, co jest zakończone gumą. Jak się przejeżdża tym po podłodze, to guma sprawnie zbiera całą wodę :) I gotowe!



Ok, to tyle w temacie łazienki. Przejdźmy do drzwi. Zainspirowana ostatnią przygodą Agnieszki (pamiętacie? poznawanie Ronana po tym, jak na 9 godzin zamknęła klucz w mieszkaniu), postanowiłam Wam pokazać magiczne fińskie drzwi akademikowe. Na drugim zdjęciu od góry widzicie wewnętrzną stronę drzwi - klamka służy tylko do trzymania, nie przekręca się :) Trzecie zdjęcie od góry przedstawia nasz zajebisty dzwonek. Zauważcie, że znajduje się on na środku drzwi, a nie na ścianie :P



Dalej mamy zdjęcie przedstawiające dziurę na listy. Też w drzwiach. I zawsze prawie dostaję zawału, jak wrzucają nam coś przez tę dziurę :/ Nawet mamy napis głoszący "Ei mainoksia, kiitos", co ma oznaczać, że nie życzymy sobie ulotek :P Tak, co bym jednak nie zeszła któregoś dnia ;) Ostatnie zdjęcie przedstawia drzwi wejściowe z zewnątrz. Jak możecie zauważyć, nie mamy w nich klamki :P No myk jest niezły: generalnie trzeba włożyć klucz do zamka i pociagnac. Jak widzicie nawet nie ma co próbować otwierać tych drzwi bez klucza :P

Ok, mamy godzinę 19:00, powinnam być teraz na promie do Petersburga. Niestety Północ charakteryzuje się tym, że jest tu dosyć zimno, więc morze zamarza, a co za tym idzie, czasem zamarza tak, że nie da się płynąć statkiem. No i wycieczkę nam anulowali. Ale w sumie stwierdzam, że dobrze - nauka :( BTW, z Helsinek do Petersburga jest blisko, znacznie łatwiej się tam dostać niż z Polszy. Dlatego warto wybrać się na taką wycieczkę. Tylko myk jest taki, że bez wizy można popłynąć promem na maksymalnie 72 godziny. Na dłużej, czy też innym środkiem komunikacji - you need visa. Co się wiąże oczywiście z załatwianiem i kosztami. Ludzie mi różne ceny podawali, ale śmiem twierdzić, że to kwota około 40 euro. No nic, Petersburg przekładam na maj. Dlaczego tak późno, to się dowiecie wkrótce z tego bloga ;)

Z innych codziennych spraw, to się strasznie wkręciłam w mleko sojowe. Że Finowie ciągle żłopią mleko, to już mówiłam. W Polsce chyba nigdy wcześniej nie piłam mleka sojowego, tu spróbowałam - wyborne! Słodkie /czyli coś, co tygryski lubią najbardziej ;)/, w sam raz na popitkę po obiadku, coś w stylu deserku :P

Inny aspekt codzienności - przekleństwa :) Pamiętacie, jak Wam mówiłam o Prkl klubie? No to właśnie... Finowie mówią "perkele!", co dosłownie oznacza człowieka spod ziemi, czyli diabła :) No w sumie lepszy diabeł niż cudzołożnica, nie? ;) W przekleństwach, podobnie jak Polacy, Finowie cenią sobie szczególnie głoskę "r" :)

No i jeszcze co nieco na temat "nieśmiałych" tudzież gburowatych Finów. Taki stereotyp pokutuje i nawet Finowie na to narzekają. Ale słuchajcie, zapewniam Was, że jako obcokrajowcy będziecie traktowani super przychylnie. Non stop mi się zdarza, że mnie ktoś zaczepia poza domem (i są to często osoby narodowości fińskiej). Zdarzają mi się przypadki, że ktoś do mnie pisze maila i próbuje się zapoznać - jak Ohto czy jeszcze inny Fin /mniej godny mej uwagi ;)/. Na mieście, gdy otwieramy mapę Helsinek, Finowie sami do nas podchodzą i pytają, czy potrzebujemy pomocy. Kiedy z Agą pytałyśmy pewną laskę, jak dojechać na pchli targ, inna nas usłyszała i wszczęła z nami pogawędkę, po czym odprowadziła pod sam targ (też tam szła). No i oczywiście Finowie w szkole - zawsze mili, zawsze chętnie pogadają. Zatem, naprawdę nie uważam, żeby się jakoś szczególnie wyróżniali. Szczerze, to doświadczam tu o wiele więcej pozytywnych gestów ze strony innych niż w Polsce. Dlatego też śmiem twierdzić, że zajebiście jest być obcokrajowcem :P

Miałam jeszcze temat bardzo fajnego święta, ale to innym razem, bo kserówki mnie wołają :/

Buziaki, trzymajcie się mocno, ciepło ubierajcie i w ogóle - Moi!

niedziela, 6 marca 2011

Imprezowanie w Helsach

Witam moich drogich i wiernych Czytelników! ;)

Mam postanowienie na dziś: ogarnąć się. Ostatnio imprezujemy zdecydowanie zbyt intensywnie, tym bardziej że koniec pierwszego okresu za pasem, co się niestety wiąże z egzaminami. Na szczęście wiele ich nie będzie. A tuż przed jadę do Petersburga, więc piszę tego posta, a potem zabieram się ostro do pracy!

No właśnie o imprezach chciałam Wam trochę opowiedzieć. Siedzę tu już dwa miesiące (prawie), a jeszcze nie wspominałam nic konkretniejszego na ten temat. Jak się zapewne domyślacie, trudno być Erazmusem i nie imprezować. Tym bardziej, że tutejsze kluby bardzo nam dogadzają i np. w każdą środę jest party dla exchandżów w czymś, co się nazywa Onella, a wcześniej Huuma. Inna sprawa, że miejscówka jest beznadziejna. Sam klub jako tako, mają piękne kanapy w kwiatki do posiedzenia, ale muzyka i towarzycho pozostawia wiele do życzenia.
Po dwóch miesiącach poczułyśmy z Agą, że trzeba coś zmienić i ruszyłyśmy w piątek na poszukiwanie wymarzonego klubu/pubu. Doznałam de javu. Niestety. Miałam wrażenie, że włóczę się z Martą po Warszawce i za chwilę będziemy tak wkurwione, że nie zostanie nam żadna inna opcja prócz McDonalds'a ;) Na szczęście Aga nie poddaje się łatwo. Połaziłyśmy po centrum w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca, ale byłyśmy bardzo zaskoczone, bowiem okazało się, że w weekendy w Helsinkach wszędzie trzeba zapłacić za wejście. Nawet do zwykłych pubów! Jest to kwota w wysokości około 2 euro. Do tego oczywiście szatnia obowiązkowa w większości miejsc - 1,5-3 euro. No to sobie policzcie, ile imprezowanie kosztuje :/ W zależności od tego, czy wejście jest płatne, czy nie, piwo stoi za 3-5 euro. Tak że chyba teraz rozumiecie, dlaczego nie piszę często o imprezach :P
No ale nic to. Znalazłyśmy Loose, adres: Annankatu 21. Baaardzo fajny, rockowy pubik do posiedzenia. Jak pójdziecie dalej Annankatu, to dojdziecie do Iso Robertinkatu, która jest ulicą imprezową w Helsach. Jest tu dużo klubów, pubów i innych miejscówek. Polecamy z Agą Lamę, gdzie przy barze wiszą huśtawki. Niestety w weekendy jest napchane na maksa, ale wrócimy tam w tygodniu. I jeszcze Rock Bar The Stage - nie zachodziłyśmy, ale wyglądał zachęcająco. Na skrzyżowaniu Annankatu z Iso Robertinkatu. No to życzę udanej zabawy ;)

My z Agą zdecydowałyśmy w piątek, że dołączymy do Agi kumpla, Ronana, bardzo sympatycznego dreadowatego chłopca z Nowej Zelandii. Gościu podróżował trzy lata po Europie, trochę pracował tu i tam, poznawał ludzi ipt. Aga poznała Ronana, gdy zatrzymał się u jej sąsiadki. Sąsiadka przyszła pożyczyć od Agi kawy, bo Romek reflektował się napić, Aga uczynnie kawę zaniosła i zamknęła klucz w pokoju. Spędziła z sąsiadką i Ronanen 9 godzin, czekając na swoją współlokatorkę, więc jakby nie było, zakumplowała się z Ronanem. No właśnie, bo Wy nie wiecie, ale w naszych akademcach jest taki myk, że nie wolno kluczy zamykać w pokoju, bo się drzwi zatrzaskują po zamknięciu. No i lipa. A otwarcie pokoju z kluczami w środku kosztuje 20 euro...

Wracając, obczajanie miejscówek i poszukiwanie Ronana zajęło nam bite dwie godziny. Koleżanka Ronana okazała się typową Finką, jedno zdanie mówiła nam przez telefon przez 5 minut. Dodatkowo nie rozumiała zdania "can you give us exact address?", nawet mimo tego, że Aga powtórzyła jej to zdanie co najmniej 20 razy, a ja jeszcze 10 :] Po drodze spotkałyśmy zalanego Fina, który twierdził, że mówimy do siebie po niemiecku. To powinno nas zaniepokoić, jednak naiwne, poprosiłyśmy go, by pogadał z Finką i wyciągnął od niej nasz upragniony exact address (bo miałyśmy mapę!). Fin, jak to Fin, gadał z Finką 10 minut, po czym był w stanie pokazać nam kierunek i kazał iść 5 minut. Do tej pory nie wiemy, o czym deliberował 10 minut. Po 5 minutach marszu wyszłyśmy z Agą na jakieś zadupie i wśród licznych pomysłów, co czynić, Aga wpadła na genialny plan: zadzwonić ponownie do Ronana! Jednakowoż w związku z długością rozmów z Finką, nie miała już nic na koncie, więc pożyczyła mój telefon. Stwierdziła, że spróbujemy zadzwonić do Ronana raz jeszcze, choć wcześniej miał ciągle zajęty telefon. Aga wystukała numer i nagle... rozlega się dźwięk jej telefonu. Patrzy na wyświetlacz, a tam "Kaśka". What the fuck - popatrzyłyśmy na siebie zdumione, po czym nie wytrzymałam, bo mnie olśniło i prawie się posikałam ze śmiechu. Aga zamiast numeru do Ronana, zapisała numer do siebie pod jego nazwiskiem, i jeszcze się dziwiła, czemu Ronan ma ciągle zajęte, jak ona do niego dzwoni!!! :D

No nic, ale w końcu trafiłyśmy :) Miejsce nazywa się Siltanen, znajduje się przy Hameentie 13B lub A, nie pamiętam, trochę za centrum, trzeba metrem podjechać. Ale warto - miejsce ekstra, weszłyśmy za darmo, piwo 4,50 (czyli standard), ciekawi ludzie, fajna muzyczka indie :)

A w sobotę zaliczyłyśmy parapetówkę u Tommiego, naszego kumpla Fina z CS (ten, co nas zabrał z Turku). Obczaiłyśmy fiński dom - suuuuuper, zupełnie inaczej zbudowany niż domy w Polszy. Tommi mieszka w swego rodzaju komunie - jest ich tam 8 razem, 5 Finów i 3 osoby spoza Finlandii. Miałyśmy więc okazję poznać nieco więcej Finów. Wszyscy są bardzo sympatyczni, ale naprawdę mega z nich sztywniaki. Stoją, patrzą, trochę gadają, sączą drinki, ale za szybko się nie upijają. W ogóle ciekawa sprawa - party zaczęło się o 18:00, dacie wiarę?

Świat jest mały - na parapetówie spotkałyśmy trójkę Francuzów exchangów z Aalto (szkoła w Espoo). Na szczęście ci Francuzi okazali się bardzo fajni i miło spędziłyśmy z nimi czas, nawet biegnąc w mrozie do ostatniego metra, bo oczywiście nikt nie chciał mnie słuchać, gdy mówiłam, żeby szybciej wyjść :P

No to pójdę już :) Się uczyć. Pozdrawiam!!!

środa, 2 marca 2011

Helsy multikulturowe, pchli targ, łyżwy i jak płacić w Finlandii?

Dzień dobry Państwu :)

Marzec przyszedł. Helsinki zaczynają znów płynąć. Co jakiś czas temperatura wzrasta, dziś w ciągu dnia było +3C. Śnieg zaczyna topnieć, robi się plucha.

Mam jednak nadzieję, że jeszcze trochę zima potrwa, bowiem w sobotę zakupiłyśmy sobie z Agą po parze łyżew. Łyżwy oczywiście second-hand, ale dałam za nie jedynie 5 euro! Czyli tyle, ile płacimy za wypożyczenie pary na najbardziej popularnym lodowisku w Helsinkach, czyli przy Helsinki Railway Station. W Helsach ice-skating jest baaardzo popularnym sportem i jest tu też wiele darmowych lodowisk (płatne to kwota rzędu 1,5-3 euro za wejście i siedzimy do usrania za przeproszeniem). Jedno nawet na Kannelmaki, czyli tu, gdzie mieszkam, nawet je dzisiaj obczajałam, ale oczywiście nie znalazłam. A raczej znalazłam ogrodzone, więc pomyślałam, że wieczorami jest zamknięte, po czym okazało się (koleżanka mi później powiedziała), że to lodowisko, którego szukałam jest tuż obok. Taaa... standardowe przygody Kasi. No nic. Jutro pójdę :)

Łyżwy zakupiłyśmy na pchlim targu. Polecam Wam gorąco takie cudo (tym, co zawitają do Helsów). Motyw jest taki, że każdy może sobie zabukować miejsce (za symboliczną opłatą) i naznosić wszelkich swoich gratów. Potem tylko czekamy na niezbyt bogatych ludzi tudzież łowców okazji aż przyjdą i zakupią nasze śmieci. Dla zachęty dodam, że kupiłam za 5 euro dżinsy Diesla, praktycznie nówki sztuki nieśmigane. Byłam nawet skłonna nie przymierzać, bo stwierdziłam, że to jedyna okazja, by stać się posiadaczką jakielkolwiek szmatki Diesla, ale na szczęście pasują jak ulał :) Teraz do końca życia w jednych spodniach :D

Dziś spotkałam się znów z moim ulubionym Finem Ohto, który usilnie próbuje mówić po polsku (i któremu świetnie idzie!). Ohto przyprowadził kumpla Andreija, gościu jest z Ukrainy, przez 5 lat mieszkał w Polsce i świetnie mówi po polsku. Jego żona jest Finką, na imię ma Kaisa, i... uwaga, uwaga... dla odmiany... również świetnie mówi po polsku :P Studiowała polonistykę w Warszawce. Słuchajcie, no dla mnie sytuacja mega - gościu z Ukrainy poznaje w Warszawie Finkę, pobierają się, a językiem którym do siebie mówią jest polski :) Czyż to nie niesamowite? :) Bardzo sympatyczni ludzie zresztą.

Ok, na zakończenie parę przydatnych informacji, bo miałam Wam tu pisać, co i jak robić w Helsinkach, a prywatą lecę, jak nigdy. Chyba dlatego, że piszę, a nie mówię :) Ok, anyway. Chciałam o płaceniu Wam co nieco napisać. Dobrze jest założyć sobie konto w Nordei. Niekoniecznie tu, na miejscu. Może być w Polszy, wówczas wybierając kasę z tutejszych bankomatów nie płacimy prowizji. Niby. Bo oczywiście ja do tej pory tego nie sprawdziłam... Jeśli chodzi o bankomaty, to tu jest jeden rodzaj - Otto. I można wybierać z niego kasę mając konto z jakimkolwiek banku, bez prowizji. Nie ma bankomatów przynależących do różnych banków, tak jak u nas. Inną sprawą jest płacenie kartą w sklepach. W Finlandii jest to bardzo popularne i baaardzo rzadko są ograniczenia typu od 10 zł. Tu się płaci kartą nawet od 1 euro albo i mniej. Ale, uwaga, można być nieco confused, bo opłaty należy dokonać samemu, karty nie daje się sprzedawcy. Człowiek sam sobie ją wsadza ;) Potem sam wciska odpowiednie guziczki i sam wyjmuje. Totalna samoobsługa :) Ja do tej pory nie mogę się przyzwyczaić i często wręczam kartę sprzedawcy :D

A propos... Dla tych, co nie wiedzą, ile mam lat: mam 24. A mówię to dlatego, że jestem w Helsinkach nagminnie proszona o dowód podczas zakupów alkoholu :) Tak że, Tomku, ja myślę, że to jest ciągle wiek kwiatowy w moim przypadku ;)

Dobra, idę. Aga ma przyjść, będę dziś pić. Wreszcie!!! Bo lekom powiedziałam "do widzenia", wracam do kuracji alkoholowej :D Nie no, żartuję oczywiście :) Ale tak, idę na małego bifora. Tylko, bo potem grzecznie spać. To ściskaki!

PS. Bardzo mi miło, że - przynajmniej niektórym z Was - podoba się ten blog :) Pozdrawiam Was gorąco!!
PS2. Aha... Zdjęcia: z trollem ze Sztokholmu, reszta z Oslo. Trolle rządzą :) Ale tylko w Norwegii i Szwecji. W Fin w ogóle ich nie ma... Za to w trzech krajach aż roi się od łosi i reniferów :)