poniedziałek, 31 stycznia 2011

Moi! Jako że miałam ostatnio jakieś przerwy w pisaniu, postanowiłam nadrobić zaległości, póki mam wenę. Powinnam się teraz dokształcać robiąc assigmenty do szkoły, ale nie jest to jakieś mega pilne, więc odkładam. W końcu szkoła nie zając, nie ucieknie. Zresztą żyję tu trochę w poczuciu, że jakby co, to i tak już jestem mgr, zawód kiepski i właściwie żaden, ale mam, więc mogę sobie kosztować fińskiego życia. Choć z drugiej strony odkryłam, że moją niechęć do nauki budzić musiała praca, bo tu nie pracuję i chce mi się uczyć. Co prawda - wiadomo, wszystko jest nowe, więc ciekawe, ale nie rzygam na widok książek, jak w Polsce, czego się w sumie obawiałam. Co i tak nie zmienia faktu, że wielbię moją pracę :) /i piszę to nie dlatego, że wśród moich czytelników są moi współpracownicy :P/

Dobra, starczy tych przynudnych zwierzeń. Wrzucam Wam jeszcze parę zdjęć ze szlajania się helsińskiego. Fotę obok zrobił Jaak, Estończyk. Tak, było zimno, ale i cudownie. Nie wiem, dlaczego, ale pogoda nie jest mi tu straszna. Bardzo się bałam przyjeżdżać na północ, bo do tej pory byłam mega zmarzlakiem. Wydaje mi się jednak, że intensywne rowerowanie pobudziło moją krew do żywszego ruszania się i dzięki temu teraz nie jest mi non stop zimno. Co w Finlandii jest jednak bardzo ważne. Dlatego stawiamy, Moi Drodzy, na sporta wszelakie. Tyłki na rower i od razu życie jest jakieś takie fajniejsze, serio.

Cieszę się też bardzo, bo być może uda mi się zdobyć bicykla. Koleżanka Polka - Aga - korzysta intensywnie z serwisu coachsurfing.org. Z tego, co Aga mówi, bardzo przydatna stronka. Zawiera ogłoszenia wszelakie /głównie z myślą o podróżnikach/, Aga np. mówiła mi o możliwości kupienia roweru za grosze. Tak że polecam. Sama jeszcze nie sprawdzałam, ale zapewne zacznę korzystać z tego serwisu, jeśli rzeczywiście jest taki super, to pewnie nie raz i nie dwa jeszcze Wam o nim wspomnę.


Podczas dzisiejszego posiedzenia blogowego, wcinam sobie salmiakkową czekoladę. Wreszcie postanowiłam spróbować, bo szczerze, to mi nie bardzo pasował smak salmiakków do czekolady. Ale muszę Wam przyznać, że efekt takiego miksa jest przepychotowy! Mniam, mniam... Cieszę się, że chociaż salmiakki mi zaczęły tak smakować, bo oczywiście resztę jedzenia nadal ledwie przeżuwam. Ale póki mam kasę, nadrabiam słodyczami... ;)

Chciałam Wam też powiedzieć, byście, jeśli ktoś jest zainteresowany przylotem do Helsinek, sprawdzali sobie regularnie połączenia. Czasem można znaleźć naprawdę super okazje. Jakiś czas temu na przykład znalazłam mojej przyjaciółce lot LOTem za około 350 zł w obie strony. Oczywiście terminy promocji były dość ściśle określone, ale akurat jej bardzo odpowiadały. LOT leci bezpośrednio do Helsinek, więc odpadają transfery. Polecam! :) Naprawdę warto poczuć Helsy osobiście.

Zdjęcie na koniec dzisiejszego wpisu to znów morze :) I piękny, niesamowity lód. Gdzieniegdzie można dostrzec wrony siedzące na krach lodu :)

Jeszcze małe info dla studentów. W Finlandii poruszanie się pociągami jest ogólnie dość drogie, ale studenci uprawnieni są do zniżek. Aby uzyskać zniżkę w VR, czyli w fińskich kolejach, należy złożyć specjalne podanie wypełnione przez koordynatora ze szkoły (do pobrania w punktach VR na stacji, moja szkoła zrobiła to za mnie). Z podaniem dajemy zdjęcie, 8 euro i pokazujemy dowodzik. Pani wyrabia kartę i taka karta upoważnia do 50% zniżki podczas korzystania z pociągów. Wiem, że w niektórych szkołach wymagane jest wyrobienie legitymacji, za co się płaci (np. Agata na Aalto zapłaciła 50 euro!!). Taka legitymacja też upoważnia do korzystania z kolei ze zniżką. Jednak póki co nie widzę innych powodów do wyrabiania sobie tak drogiej legitymacji (w mojej szkole to koszt rzędu 20 euro).

No to trzymajcie się i piszcie, co u Was! Buziaki!

niedziela, 30 stycznia 2011

Piękne niedziele fińskie czyli trip to Suomenlinna

Dzień dobry Koleżanki i Koledzy! Zdjęcia, które chcę Wam dziś pokazać, były robione dnia dzisiejszego. Gdy się rano obudziłam i zobaczyłam za oknem piękne słońce, zadrżałam ze strachu. W Helsach zimą czyste niebo zazwyczaj oznacza temperaturę grubo poniżej 0C. A my mieliśmy zaplanowaną wycieczkę! Jednak nie, termometr wskazywał zaledwie 0 stopni. Cudowna pogoda na wyprawy.

BTW, z moich obserwacji wynika, że Finowie dużo sobie z zimy nie robią. Noszą lekkie kurtki i bardzo często sportowe, lekkie buty, np. nawet tenisówki. Za to normalką są czapy. Większość ludzi nosi czapki. Ja się zresztą też przyzwyczaiłam do swojej :)

A zatem pojechaliśmy na wycieczkę. Celem naszej wyprawy była Suomenlinna, czyli dosłownie fiński zamek. Jest to grupa wysp, na które można dostać się promem. Promy przynależą do komunikacji miejskiej, więc wystarczy mieć normalny bilet, z którym jeździmy po Helsach. Ogólnie Helsinki otoczone są wieloma wysepkami, które - jak się okazuje - są przeurocze. Odnoszę też wrażenie, że właśnie szczególnie zimą. Spójrzcie tylko na ten cudowny, świetlisty śnieg... Na żywo wygląda to tysiąc razy lepiej...

Na wyspie znajduje się twierdza wybudowana w 1748 roku. Została ona wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Naprawdę warto się wybrać na tę wyspę. Ruiny twierdzy są stosunkowo spore, przez co cała wyspa ma niezły klimacik :)
To, co mi się szczególnie podobało, to wiatr. Ogólnie dzisiejszy dzień był mega wietrzny, ale wyobraźcie sobie, że jak wspinaliśmy się na sam szczyt najwyższego wzniesienia na wyspie, byłam przekonana, że zaraz mnie zdmuchnie. Śnieg, słońce, wiatr, morze, wspinaczka, ruiny starego zamku... Czego chcieć więcej?... :)

Na jednym ze zdjęć przedstawiam Wam moją zacną ekipę :) Signe - Łotyszka, Kata - Węgierka, Eva - pół Węgierka, pół Polka, Andrea, Flavia i Cziczo - Włosi, Jaak - Estończyk. I ja :) Ta postać
szpanująca udawaną lustrzanką ;) Była jeszcze Agata, która robiła zdjęcie :)

Jeszcze mała ciekawostka. Finlandia jest krajem dwujęzycznym. Oprócz fińskiego, oficjalnie funkcjonuje tu szwedzki, aczkolwiek zaledwie 5% społeczeństwa posługuje się szwedzkim. Są to głównie mieszkańcy zachodniego wybrzeża. Mimo tego, że nie jest ich zbyt wielu, wszelkie nazwy zapisywane są podwójnie. I tak np. moja stacja to Kannelmaki Gamlas. Stacja główna w Helsach - Helsinki Helsinfors. Zawsze pierwsza nazwa jest fińska, druga szwedzka. Jest to dość ciekawe, bo są to dwa zupełnie różne języki. Fiński należy do grupy języków urgofińskich (razem np. z estońskim czy węgierskim), a szwedzki do germańskich. Tak więc, jeśli ktoś spika po englichu czy szprecha po dojczu, to może mu się zdarzyć lepiej rozumieć szwedzkie nazwy niż fińskie :) Co oznacza ni mniej, ni więcej, że sobie w Fin poradzi :P

A propos podwójnych nazw, to z tą wyspą też związana jest zabawna rzecz. Jak już mówiłam, wyspa (a raczej grupa wysp) nazywa się Suomenlinna, co znaczy fiński zamek. Szwedzka nazwa to Sveaborg. Zgadnijcie, co oznacza :P Otóż - szwedzki zamek. No i teraz niech ktoś mi powie, jaki w końcu ten zamek jest :P

Dla bardziej zainteresowanych wyspą i zamkiem zamieszczam linka:
http://www.suomenlinna.fi/en/

Kończę póki co. Chciałam przeprosić, że tak dawno mnie nie było, ale nie miałam neta przez trochę. Bez neta jak bez ręki :( Prawej na dodatek.

PS. Aga Janiszewska uświadomiła mi, że w Polsce salmiakki nazywamy lukrecją. Coś mi się obiło o uszy, ale nie jest ona chyba zbyt popularna. W Fin dla odmiany salmiakowe słodycze zajmują pół półki ze słodkościami w sklepie. Podobno w Polsce można kupić lukrecję pod postacią np. żelków Haribo. Jak ktoś nie jadł, spróbujcie, smak uzależniający :) A najlepiej przyjeździe do Finlandii popróbować prawdziwych salmiakków :)

środa, 26 stycznia 2011

Tavastia i tak dalej :)

Hei hei, to znowu ja! :) Zaczął mi się hardkor w szkole. Naprawdę mam tu kupę pracy. W wielu szkołach w Finlandii funkcjonuje coś takiego jak PBL, czyli Problem Based Learning. Jest to system nauczania, który najogólniej rzecz ujmując polega na tym, że grupa jest podzielona na zespoły i opracowuje się tematy. Opracowanie tematu ma otwarcie dyskusji (z prezentacją przygotowaną przez jeden zespół), potem self-study w domu, a na kolejnych zajęciach - zamknięcie dyskusji. Oczywiście do dyskusji trzeba się przygotować (żeby nie było tak łatwo). Przygotowanie polega na czytaniu artykułów... Po englishu. Matko... No ale czytam. Przynajmniej się staram. Bo koncepcja ogólnie wydaje mi się zbożna. Na pewno można się w ten sposób więcej nauczyć, niż wkuwając do egzaminu po 30 godzinach nudnego wykładu.

No dobrze, tyle póki co o szkole, bo w końcu nie przyjechałam się tu uczyć, prawda? Nauka jest jedynie pretekstem!

Tavastia... Ta tajemniczo brzmiąca nazwa od dawna przewija się w moim życiu. Pojawiła się gdzieś tam w Bravo, potem wielokrotnie można ją było spotkać w serii pt. "Miasteczko namiętności" autorstwa znanej i poważanej Wielkiej Trójcy Kolneńskiej (Pato, Trawa, Dymacz). Tavastia jawiła nam się jako ziemia obiecana, miejsce, w którym doznamy szczęścia obcowania z najpiękniejszą muzyką na świecie, jaką jest fiński metal. Him, Nightwish, 69eyes - te i wiele innych kapel zlewały nam się w jedno słowo - Tavastia...

W sobotę, pamiętnego dnia 22.01.2011 roku stopy me stanęły na progu Tavastii (który możecie podziwiać powyżej). Rzeczywiście, knajpa okazała się być bardzo przyjemnym miejscem. Klimatyczna, niewielka, pełna ciekawych ludzi.

Do Tavastii przybyłam celem wysłuchania koncertu zespołu Daniel Lioneye.
Zespół - obok. Trochę brzydale z nich, ale na żywo jawią się lepiej. Kilka słów gwoli wyjaśnienia: zespół ten składa się w trzech piątych z członków kapeli HIM. Linde - gitarzysta i pomysłodawca projektu Daniel Lioneye(ten z dredami), Mige - bassss (w czapie) i Burton - stukanie w klawisze (którego natura obdarzyła najprzyjemniejszym do oglądania licem). Koncert okazał się być rzeźnią :) Chłopaki dali czadu. I nic się nie zmienili. Przez 45 minut znów miałam 15 lat i znów przeżywałam swój pierwszy prawdziwy koncert :) Tym razem w Tavastii.

Potem grał Turisas. Też made in Finland, wcześniej ich nie znałam, ale zdecydowanie mogę polecać. Grają folk-metal, ciężką muzykę ze skrzypcami i akordeonem. Na akordeonie gra bardzo ładna i sympatyczna pani :) Gościu od skrzypiec po koncercie zrzucał koszulki ze sceny, mój towarzysz złapał jedną i szkoda, że nie widzieliście jego miny, jak okazało się, że koszulka jest dziewczyńska :P W tym momencie mojej historii pragnę złożyć serdeczne podziękowania mojemu koledze. Jorge, wiem, że nie zrozumiesz z tego ani słowa, ale baaaaardzo Ci dziękuję, że mnie wyciągnąłeś na ten koncert, i za koszulkę też Ci dziękuję :P

No i tak to było. A teraz obżeram się fazerowymi Dumlami z kawałkami nerkowców. Boże, jakie to pyszne jest...
A po lewej pokazuję Wam salmiakki. Mogą mieć na przykład kształt czaszek :P Wkręciłam się i bardzo mi smakują. Kupiłam też czekoladę salmiakkową, ale jeszcze nie próbowałam. Hm... kto chce się umówić: paczka z Biedronki za paczkę z fińskimi słodyczami? :P

To jeszcze kilka obserwacji i przemyśleń :)

U Finów normalną rzeczą jest zdejmowanie butów po wejściu do kogoś do domu. W Polsce niby też zdejmujemy, ale np. bardzo często podczas imprez się tego nie robi, albo też gdy przychodzi do nas np. elektryk albo hydraulik, to też nie zdejmuje... Tu jednak ten zwyczaj poszedł dalej. Nawet gdy przyszedł do nas pan hydraulik, to też w progu zdjął buty. Zdejmowanie butów jest dla Finów zupełnie naturalne, kulturalne osoby zawsze to robią. Różnicę da się zauważyć zwłaszcza porównując Finów do Erazmusów. Erazmusi (zwłaszcza z ci z Zachodu) mają w dupie zdejmowanie butów, co mnie osobiście drażni, bo śnieg jest po kolana, więc przynosi się ze sobą niezłe błotko.

Inna rzecz to imprezowanie i picie Finów. Pijanych Finów jeszcze za bardzo nie widziałam, choć podobno chleją na umór. Próbowano to nieco załagodzić wprowadzając coś na kształt prohibicji. Alkohol można kupić jedynie w sklepie o nazwie Alko. Sklepów tych jest swoja drogą bardzo mało (żadnego jeszcze nie widziałam). W normalnych sklepach można kupić wyłącznie piwo. Ale i tak chla się litrami :D Za to imprezowanie to coś, co się od razu rzuca w oczy. Nawet w środku tygodnia, gdy nocą wracam do domu, ulice w centrum są pełne. Helsinki są mega imprezowe! W Warszawie w czwartek czasem trudno znaleźć miejsce, w którym byłaby przyzwoita liczba osób, tu w środę o północy jest gwarniej niż w południe.

Na zakończenie kilka słów o Francuzach. Coraz mniej ich lubię. Jest tu ich bardzo dużo i cały czas gadają po francusku. Potrafią być tak bezczelni, że nawet gdy jestem tylko ja i np. trójka Francuzów, oni mówią po francusku i zlewają sobie, że ja nie rozumiem ani słowa. Oczywiście nie wszyscy tacy są, znam też kulturalnych Francuzów, a Francuzki są po prostu przesłodkie, ale generalnie jest taka tendencja i jest ona drażniąca. Ja z Polkami gadam po angielsku jak jesteśmy z innymi exchangami...

No to moi! :)

piątek, 21 stycznia 2011

Witajcie moi Drodzy!

Chciałam Was poinformować, że się niestety zaczęły zajęcia, więc nie będę już pisać tak często. Ale śpieszę również pocieszyć tych, którzy się niepokoją o przyszłość mojego bloga - będzie nadal pisany :P

Intensywnie to ja póki co nie zwiedzam. Przy temperaturze poniżej zera nie da się chodzić po dworze dłużej niż 3 godziny. Takie więc sobie wypady robię, ale jednak czuję, że mimo małej ilości zajęć szkoła będzie mi pochłaniać dużo czasu. Zajęcia mam bardzo intensywne... Zaczynamy już jednak powoli myśleć o wycieczce do Turku. Tak że może jeszcze napiszę/pokażę Wam coś ciekawego.

Zdjęcie powyżej przedstawia widok z mojego okna wieczorową porą. Śniegu jest mnóstwo. Temperatura znów spadła, dziś było -6C, śnieg ciągle prószy. Jest naprawdę pięknie :)

Zdjęcie obok z kolei zrobiłam któregoś dnia rano. Jest to stacja, na której wysiadam do szkoły. Gdzie ta szkoła, zapytacie :P Otóż szkoła jest po drugiej stronie, ale na zdjęciu chciałam Wam pokazać mełgę, czyli mgłę :) Fajna jest, nie? Totalna biel. Ale nie często jest mgliście.

Zrobię małe wtrącenie do opisywania zdjęć :) Jak już Wam wspomniałam na początku, chęć mojego przyjazdu tutaj została zapoczątkowana głównie przez zespół HIM. Finlandia w ogóle słynie ze znanych i poważanych zespołów (głównie mocniejsze brzmienia): HIM, Apocaliptica, Nightwish, Children of Bodom, the Razmus, Amorphis, 69 eyes i wiele innych, w tym zupełnie nierockowy Boomfunk MC :D
Jejku, jejku, wspaniałe to były czasy, gdy się tego wszystkiego słuchało... Teraz nic tylko Coma i Coma :P Żart. A wracając - poznałam ostatnio bardzo miłego gościa z Wenezueli, który podziela me muzyczne zainteresowania i wobec tego idę najprawdopodobniej jutro smakować fińską muzykę rockową. I to dokąd! Do Tavastii :) Daniel Lioneye, czyli przerobiony HIM pod kierunkiem Lindego. A zatem - kto się odważy zaprzeczyć stwierdzeniu, że marzenia się spełniają?? Helsinki, Tavastia, Mige, Ville i Linde. Mam teraz ochotę zaśpiewać "Ooo, mogę wszystko...!", ale nie zrobię tego, bo będzie siara :P
Wracamy do fotografii :) Zdjęcie powyżej - kto zgadnie, co przedstawia? Na pewno się nie domyślicie :P
O, a fota obok jest bardzo ciekawa (pomijając tę postać w za dużej kurtce narciarskiej). Rzeźba za mną to tzw. Pomnik Sibieliusa. Przedstawia on wyobrażenie muzyki. Jak dla mnie - interesujące... Czy tak widzicie muzykę?

Na zakończenie moja mała refleksja na temat Finów, a raczej Finek. Takich w średnim wieku, a mianowicie moich wykładowczyń. Mówią taaaaak wooooolno, że masakra. Serio. Na początku myślałam, że to przywara jednej, potem druga to samo, trzecia też. Dziwne :) I trochę ciężkie do zniesienia :)

Ach, Finowie, jak przyjmują zamówienie, mówią "Dziękuję" :) To z kolei jest miłe.

Chcecie trochę nauki fińskiego?
Kiitos - dziękuję
Anteeksi - przepraszam (też w sensie excuse me)
Hei, moi, moikka - cześć, hej (też do obcych, ale raczej nie bardzo starszych, do nich - paiva), papa
Kippis - na zdrowie

Dobra, starczy :) Czytamy tak jak po polsku. Niestety nie umiem zrobić fińskich znaków, a gdzieniegdzie powinnam. Nie chce mi się wklejać... Pomyślę o tym. Póki co spadam na saunę :)

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Dzień dobry :)

Jak możecie zauważyć, mam dla Was nowe zdjęcia. Zdjęcie po prawej przedstawia morze. Wiem, że to już było, ale niestety, decydując się na czytanie tego bloga, musicie znosić moje prywatne fascynacje :P Otóż niezwykle mnie fascynuje ten Bałtyk skuty lodem i chętnie bym na niego wlazła, ale dziś się bałam - temperatura znów wzrosła. Cały ten śniegor, który napadał wczoraj, roztapiał się w ciągu dnia.

W Finlandii należy bardzo uważać na śnieg lecący z dachów. Ja dziś dostałam taką śnieżką, na szczęście małą i bardziej mokrą niż śnieżną, ale Heidi już podczas pierwszego wieczoru przestrzegała mnie przed śniegiem mówiąc, że niedawno jeden gościu zginął przysypany śniegiem - w środku miasta! Tak że be carefull i nie stójcie tuż pod zakończeniem dachu...

Kolejne zdjęcie przedstawia Aleksanterinkatu, jedyną ulicę w Helsinkach pozbawioną śniegu o tej porze roku. Jak to możliwe? Otóż ulica jest podgrzewana! Serio :) Ciepła woda z budynków znajdujących się wzdłuż ulicy płynie pod chodnikami i jezdnią i sprawia, że śnieg topnieje. Sprytne, prawda? :) Niestety, jest to jedyna taka magiczna ulica w Helsinkach.

Ostatnie zdjęcie jest znowu moją prywatą. Gdzieś tam wcześniej Wam napisałam o rowerach stojących pod moim domem. Oto i one :) Nieco zasypane śniegiem, więc pewnie będzie Wam trudno cokolwiek dostrzec, ale wierzcie mi na słowo - są tam :)
Tylko zastanawiam się nad jedną rzeczą... W Polsce wszyscy mnie straszyli, by nie zimować roweru na balkonie (nawet owiniętego w folię), bo nic z niego nie będzie na wiosnę, a tu proszę bardzo. Nie dość że nie na balkonie, tylko przed klatką, to jeszcze nie w folii, lecz w śniegu.

Miałam za zadanie znaleźć ciemnowłosego Fina :) To śpieszę poinformować, że znalazłam dziś :) Ale w sumie jak tak patrzę, to nie jest ich aż tak znowu mało. A widzieliście kiedyś czarnoskórego Fina? :P Ja tak :P Jednakowoż muszę nadmienić, że zaczynam uwielbiać Finów - tylu długowłosych, wysokich blondynów na raz dawno nie widziałam :) Może noszą długie włosy dlatego, że im cieplej? :) Nie wiem. Ale moje doznania estetyczne są na bardzo wysokim poziomie... :)

I na zakończenie nieco kulinarnie - Salmiakki. Hm, ciężko mi opisać, co to tak naprawdę jest, ale jest to typowo fińskie. Niby z serii słodycze. Ja np. mam obecnie salmiakowe gumy do żucia :) Mogą być jeszcze cukierki (miękkie lub twarde do ssania, podobno czekolada) i w ogóle jest to "flavour" - różne rzeczy mogą być salmiakowe. Kolor to ma czarny :) Pachnie jakoś tak dziwnie i raczej nieapetycznie :) Składnikiem głównym jest chlorek amonu. Gdzieś to paskudztwo już wcześniej jadłam, więc nie był to dla mnie mega szok. Pierwszy cukierek jest taki "hm, hm", ale potem człowiek się wkręca i zaczyna smakować, nawet bardzo :) Polecam!

No i Fazer. Strasznie się tym szczycą Finowie. Jest to fabryka słodyczy, coś takiego jak nasz Wedel. Strasznie niby sławna :) Heidi była zdziwiona, że nie znam :P Fazerowe salmiakki są bardzo smaczkowe :) Przywiozę Wam, jak będę wracać :) A moja szkoła to nawet wycieczki do fabryki czekolady organizuje, ale jakoś tak nie jestem przekonana do tego pomysłu... :)

No dobra, to lecę. Do sczytania!

sobota, 15 stycznia 2011

Hei, hei! Piękny był dzisiejszy dzień - bardzo słoneczny, niebo czyściutkie. Robi się też coraz zimniej, dziś Muriel na dzień dobry mi powiedziała, że jest -16C. To jeszcze nic strasznego, ale ma być zimniej :)
Temperaturę daje się odczuć, zwłaszcza na twarzy. Muszę sobie chyba zakupić jakiś tłusty krem. Niestety bardzo często jest też wietrznie, wieje od morza. Dlatego bardzo ważne jest, by mieć nieprzewiewną kurtkę. Ja w tej mojej nowej, specjalnie do Finlandii zakupionej, po prostu rządzę. W ogóle nie czuję, żeby mnie przewiewało po rękach, czy ogólnie. Podwójne wkładki aluminiowe, które mi mamusia sprezentowała, też się spisują. W nogi musi być ciepło, inaczej lipa. Aczkolwiek wielu obcokrajowców chodzi ubranych leciutko. Dziś aż nie mogłam uwierzyć, jak zobaczyłam laskę, która weszła do pociągu ubrana w legginsy i skórzaną lekką kurteczkę, która była tak kusa, że nawet nie mogła jej zapiąć. Pod spodem jedynie koszula. Totalna masakra...

To, co jeszcze mi się podoba w Finach, to ich totalnie olewczy stosunek do mody. Jak wyjeżdżałam z Polski, królowały buty z długimi cholewkami i tzw. kominy, czyli coś w stylu szaliko-czapek. Tu każdy chodzi ubrany jak chce, nie da się dostrzec, co w Helsinkach jest modne. Ciekawe, czy zmieni się to, jak wiosna nadejdzie...

Jak widzicie, pokazuję Wam nowe zdjęcia :)
To pierwsze, na samej górze, to Bałtyk helsiński skuty lodem :) Serio. Podobno nawet czasem można śmigać sobie na łyżwach po Bałtyku, ale raczej nie teraz, bo ostatnio było dość ciepło. Pani przewodniczka powiedziała, że najlepszym sposobem, by się dowiedzieć, czy można sobie pochodzić po morzu, jest rozejrzenie się w poszukiwaniu innych chodzących/jeżdżących. Jeśli zobaczymy jakieś "Jezusa" spacerującego po wodzie, można śmiało wchodzić. Zastanawiałyśmy się z Muriel tylko, skąd ten pierwszy wie, kiedy wejść na morze... ;)

Drugie zdjęcia przedstawia częste w Finlandii zjawisko, a mianowicie zasypany śniegiem samochód. Podobno Finowie bardzo pilnują, by dokładnie zapamiętać miejsce, w którym postawili samochód, bo rano często wszystkie wyglądają tak samo :) Czyli tak, jak na zdjęciu. W Finlandii jeździ bardzo dużo pojazdów odśnieżających drogi. Śnieg wyrzuca się np. do morza. Ale nie zawsze - większe złoża śniegu są składowane za miastem, a gdy śnieg topnieje, można sobie np. znaleźć pod nim nowy rower. Miło :) Muszę się dowiedzieć, gdzie w Helsinkach wywożony jest śnieg :P
Zdjęcie obok jest dowodem na to, że śnieg rowerzystom niestraszny. Naprawdę co dzień widuję ludzi z rowerami. Trochę wydaje mi się to niesamowite, ale coraz bardziej się przekonuję, że jednak można... Czuję, że po powrocie mój rower nie będzie miał zimowania :P

Zdjęcie poniżej to - pewnie się zdziwicie - Helsinki :P Trochę się dziś poszwędałam i miałam małą sesję :)

A na samym dole, coś co mnie mega wzruszyło. Koledzy Koreańczycy przywieźli ze sobą upominki :) I tak dostałam tradycyjny bęben koreański - przywieszkę do telefonu. Oczywiście wisi już dzielnie ;)

Kolejna ciekawostka na temat upodobań Finów - jadają oni do obiadu chleb. Może coś ze mną jest nie tak, ale jeszcze nie próbowałam jeść chleba z kartoflami :P Im smakuje. I bardzo też lubią kwaśne mleko. Fuuuj :|

To, co jeszcze wydaje mi się w Finach fajne, to ich dbanie o środowisko. U mnie w akademikach należy segregować śmieci. Aktualnie mamy trzy pojemniki w kuchni - na kartony, odpadki biodegradalne i resztę. Powinien być jeszcze czwarty - na papier.

Ponadto, puszek ani butelek plastikowych się nie wyrzuca. W sklepach spożywczych są specjalne pojemniki, gdzie się je wyrzuca, pobiera coś w stylu paragonu i odbiera gotówkę w kasie :) Serio. Za butelkę jest bodajże jakieś 15 eurocentów. Ja osobiście jeszcze nie oddawałam nic. Wody kupować nie muszę, bo wszyscy tu piją wodę z kranu, która faktycznie jest bardzo smaczna. Nie takie siki, jak w Warszawie :|

Wczoraj mieliśmy integration party. Pół nocy bujaliśmy się przy reagge, mniam :)

W tym miejscu mojej opowieści chciałabym gorąco pozdrowić moich znajomych z ALK. Fajnie, że mnie wspieracie i że czytacie bloga! Buziaki, uściski i do zobaczenia w czerwcu na zjeździe ;)

Ach i żeby nie było, że plagiatuję - the photos of the sea and of the car were taken by Muriel :) I've taken them from FB, thank you, my dear ;)

piątek, 14 stycznia 2011

Dlaczego Finlandia, czyli kilka ciekawostek na temat Finów i Finlandii

Posłuchałam sobie podczas dzisiejszego wykładu co nieco na temat Finlandii i Finów, i mam wrażenie, że jakaś opatrzność mnie tu przywiodła. Dlaczego? Oto powody:

1. To, co jest często i mocno podkreślane, kiedy opowiada się na temat Finów, to to, że nie lubią dużo mówić.
Odpowiadają zwięźle i na temat. Jeśli nie rozwijają odpowiedzi, nie jest to odbierane jako przejaw złego nastawienia, po prostu wypowiedzieli się i starczy. Nie przerywają innym. Milczą, zanim odpowiedzą - zastanawiają się.
Ogólnie cenią milczenie, nie peszy ich ono. Często można spotkać w pubie kilka siedzących w swoim towarzystwie osób, które nie rozmawiają ze sobą. Nie ma w tym nic złego, relaksują się w milczeniu.
Finowie nie lubią dyskutować na drażliwe tematy (np. polityka, zarobki).
Nie mówią też: "Musimy wybrać się kiedyś na kawę", bo wiadomo, że to nigdy nie nastąpi. Nie lubią takiego czczego gadania. Nie mówią dużo, bo w ich odczuciu jak ktoś dużo mówi, to znaczy, że pewnie mówi nieszczerze.
Naturalnie unikają też mówienia "ja". Fin zamiast "zrobiłem kawę" powie "kawa jest gotowa".

2. Finowie są pragmatyczni w wielu dziedzinach życia. Ich mieszkania podobno pozbawione są zbędnych ozdób. W życiu ważne jest, by przedmioty były użyteczne i schludne, a także - ładnie zaprojektowane, ale to wyraża się właśnie w prostocie.

3. Chociaż Finlandia jest bogatym krajem, miasta są bardzo nowoczesne, a Finów stać na wiele, lubią oni wracać do natury - często wyjeżdżają do domków letniskowych, gdzie nie ma np. prądu, bieżącej wody, toalety. Spędzają czas łowiąc ryby, polując, zbierając grzyby i jagody.

4. Pamiętacie indywidualizm-kolektywizm? Dla tych, którzy nigdy nie mieli z tym styczności - jest to wymiar, na którym z jednej strony plasują się kraje typu Japonia, gdzie najważniejsze jest bycie w grupie, wspólna praca, dobro całej grupy i wspólny wynik. Na drugim końcu kontinuum jest np. USA, gdzie ludzie nastawieni są na rozwój własnej kariery, przy czym mocno konkurują z innymi. W Finlandii jest jeszcze inaczej. Ludzie podobno są bardzo indywidualistyczni, ale jednocześnie nie próbują być lepsi od innych. Doskonalą się bez porównywania do innych, cenią sobie swoją samotność. Jest to indywidualizm pozbawiony współzawodnictwa.

5. W języku fińskim brak jest rozróżnienia na rodzaje. Nie mówi się "ona" i "on". Jest jedna trzecia osoba. Płeć gdzieś zanika. Zwłaszcza, gdy czyta się książkę, czasem trudno zorientować się, czy dany bohater to faktycznie bohater czy bohaterka.

Na pewno niektórzy z Was czytając to zauważą coś, co ja szczególnie sobie cenię (w końcu mnie znacie trochę :P). To się trochę wyspowiadam teraz - wszystko to, co powyżej sprawia, że darzę ten kraj coraz większym uczuciem. Podczas moich osobistych rozważań filozoficznych nie raz i nie dwa zastanawiałam się nad tymi rzeczami, a tu bach! - wszystko mam w pigułce w Finlandii.

Zbliża się trzecia nad ranem, jest jeszcze parę rzeczy do napisania, ale to jutro. Śpijcie dobrze :)

PS. Wypadałoby napisać "Dobranoc" po fińsku, ale jeszcze nie podjęłam decyzji, czy chcę kaleczyć słowa brakiem umlautów... :))

czwartek, 13 stycznia 2011

Jedzenie i znajomki

Witam :)

Wrzucam dwie foty - wreszcie :) Z różnych względów sama jeszcze nie szaleję z moim Kodakiem, ale mam znajomych Koreańczyków, co się oczywiście wiąże z błyskającymi fleszami na każdym kroku ;) Wczoraj Haeshin przesłał mi całą swoją środową sesję, więc co nieco pokazuję Wam. Na zdjęciu Koreańczycy, Finki i koleżanka z Krakowa. Na drugim sobie idziemy. Buziak dla tej/tego, kto odgadnie, która to ja :P Kto chce? :D

Śmieszny był to dzień, bo mieliśmy dziś spotkania w grupach. W mojej grupie była masa Azjatów i piątka Europejczyków :P Niby miało nas być więcej, ale reszta się nie pokazała. Dwie Polki, Bułgarka i Francuzi: Julien (Julian?) i Anais. A teraz zagadka, ale musicie być uczciwi i nie zaglądać w googla. Kto z nich jest kobietą, a kto facetem? :P

Azjaci generalnie kiepsko mówią po angielsku i mało rozumieją, więc jest średnio. No ale koledzy Koreańczycy są bardzo mili.

Jem w naszej stołówce, gdzie żarło jest paskudne. Poszłam dziś do Lidla, bo niby taniej, i kupiłam jakiś makaron, jogurty, takie sobie duperele. Zrobiłam kolację i co? Paskudztwo! Nie wiem, czy jedzenie w Finlandii jest nie za smaczne, czy po prostu niesmaczne, bo najtańsze? Szkoda, że nie ma Biedronki :( Ekhm... Kto się zgłaszał do wysyłania paczek? :)))

No i się trochę smucę, bo zamiast pojechać na miasto, muszę pisać prace. Co mi idzie ciężko :/ No ale pocieszam się, że będę miała suuuuuuper plan :) W Finlandii semestry są podzielone na okresy. Każdy semestr składa się z dwóch okresów, a zajęcia mogą trwać jeden bądź dwa okresy. Jeśli dwa, to niekoniecznie w tym samym terminie. Ma to swoje plusy (można coś wcześniej zaliczyć), ale też minusy (trudno ułożyć siatkę zajęć, bo oczywiście w HH zapisy na zajęcia każdy student robi sam). Pomiędzy okresami jest tydzień wolnego - jupi!! :) Ja będę miała zajęcia w pierwszym okresie tylko we wtorki i czwartki, a w drugim trochę mi się ze wtorku na środę przesunie. Tak że zamierzam się zaraz zabrać za pisanie, bo i tak czasu na zwiedzanie dużo będzie.

Druga rzecz, która mnie smuci, to koszty pubowania. Byłam w barze, który miał w ofercie bardzo dużo rożnych rodzajów piw, najtańsze było za więcej niż 10 euro. Bu. Tak że nawet jeśli zechcę zrezygnować z abstynencji, to nic z tego :/

Promise, że jak tylko się ogarnę z polską szkołą, zacznę pisać bardziej do rzeczy, czyli o Finlandii i Helsach :)

Na zakończenie wisienka na torciku :) Mieliśmy dziś dyskusję na temat Finlandii i mieliśmy za zadanie mówić, co nam się kojarzy z Finlandią. Ktoś stwierdził, że picie dużych ilości alkoholu. Sonja, nasza koordynatorka, rzekła, że owszem, ludzie się tu upijają, to jest normalne, ale w wielu innych krajach też tak jest. Spojrzenie w stronę Polek, "for example in Poland, isn't it?". No, to piękny mamy imidż :P

Baaaj!

PS. Specjalne info dla Agi Rz. - dostałam się na kurs Usability and User Interface :)))

środa, 12 stycznia 2011

Zaczynam poznawać Helsinki

Joł!

Zanim przejdę do opisywania moich mądrych przemyśleń i obserwacji, muszę się przyznać, że oszukałam Was w poprzednim poście. 4 euro zapłaciłam za bilet dlatego, że jechałam z Vantaa, gdzie znajduje się lotnisko, do Helsinek. Vantaa jest sporym miastem, czwartym co do wielkości w Finlandii. Znajduje się w bliskim sąsiedztwie z Helsinkami. Oprócz Vantaa Helsinki są otoczone innymi miastami, np. Espoo.

Jeśli zaś chodzi o bilety, to jednorazowy kosztuje 2,50 euro (normalny). Studenci oczywiście mają zniżkę (1,30 czy coś koło tego). No ale ja sobie zakupiłam już kartę miejską. W Helsinkach jest fajny myk, bo taką kartę można sobie zakupić na okres od 14 do 366 dni, oczywiście im dłużej, tym wychodzi taniej. Miesiąc na karcie, to - jak już wspominałam - koszt rzędu 21 euro dla studenta (normalny razy 2). Niestety od 2.00 w nocy karta ta nie uprawnia do przejazdów, ale można sobie doładować jakaś sumkę na kartę i zużywać ją na nocne przejazdy. Podobnie jest, jeśli chodzi o to, co w Wwie nazywamy drugą strefą, czyli jak ktoś chce pojechać poza miasto, to sobie zużywa tę dodatkową kasę z karty. Według moich znajomych Finek wychodzi taniej niż single tickets.

Sporo osób przed wyjazdem pytało mnie, czy będę miała możliwość jedzenia w jakiejś stołówce. Otóż mam! I jest to mega wypas opcja. Taki stołówkowy obiad kosztuje 1,35 euro, co jest tu kwotą wręcz rozszerzającą oczy ze zdziwienia. Inna sprawa, że jedzenie jest paskudne. Dziś jadłam coś, co się nazywało chicken p... coś tam i było rozmemłanymi kawałkami pikantnego kurczaka z dziwnym, bo białym, groszkiem. Ale nie obchodzi mnie to. I tak mało rzeczy mi smakuje, a ten obiadek ratuje mnie przed bankructwem.

Aby móc korzystać z opcji tanich obiadów, dostaliśmy specjalne karty tzw. "yellow cards". Można z nich korzystać również w innych miejscach i np. moje znajome Finki poradziły, by na obiad chodzić do szkolnej stołówki, a na kolację (bo można do 19:00) do Unicafe w centrum, gdzie drugi obiad dostaje się za 2,50. Stwierdziły, że jest to mega oszczędność w porównaniu do gotowania samodzielnie. No to opcja jedzenia jest załatwiona :) Mamo, nie zginę z głodu, nie martw się ;)

W ramach ciekawostki - Finowie do obiadu piją mleko. Serio. Albo tylko mleko, albo mleko i wodę. Soczki odpadają :P W stołówce szkolnej jest jeden rodzaj soku, podejrzewam, że wyłącznie erazmusowcy go piją :)

Dziś padało przez pół dnia, ale temperatura jest spoko: -1C. Jest mi gorąco w mojej kurtce specjalnie na wyjazd do Finlandii. Reszta erazmusowców i Finów, z którymi miałam do czynienia do tej pory, jest ubrana w normalne ciuchy :P Pewnie będą jęczeć, jak mróz chwyci (podobno już w weekend), ale póki co ja przy nich wyglądam, jakbym się wybierała na Syberię.

wtorek, 11 stycznia 2011

Pojawiam się w Helsach

A zatem jestem w Helsinkach :)

Tak, teraz już mogę w zupełności polecić Air Baltic. Są tani i fajni. Odprawiłam się przez internet, co się wiązało się ze zmniejszeniem dodatkowych kosztów z 20 euro na 15. Fajna sprawa, na dobę przed wylotem dostałam maila z informacją, że mogę się odprawić. Link w mailu poprowadził mnie od razu do odprawy z moimi danymi. Zaznaczyłam sobie tylko, że nikt mi nie włożył bomby do bagażu i że nie jestem terrorystą, no a potem wydrukowałam boarding pass. Fajowe :) Opłata za bagaż nadal na miejscu.

Już na lotnisku spotkała mnie jeszcze milsza niespodzianka ze strony zajebistych linii Air Baltic, a mianowicie pani nie wzięła ode mnie opłaty za bagaż. Dacie wiarę? Jeszcze ją zapytałam sama, co z opłatą, bo moja wrodzona uczciwość nie pozwoliła mi po prostu czmychnąć. Pani tylko uśmiechnęła się delikatnie i pokręciła głową. Może to dlatego, że byłam pierwsza przy check-in poincie? :D Tak że słuchajcie, latamy Air Baltic!!! :)

Jeśli chodzi o przesiadkę w Rydze, to było to dziecinnie proste, a godziny spędzonej na lotnisku praktycznie się nie odczuwa.

Dobrze, zatem reklamę Air Balticowi już zrobiłam, więc mogę przejść do ciągu dalszego mej opowieści... :)

Helsinek to za bardzo jeszcze nie widziałam, więc się nie będę rozpisywać, że piękne. Dziś raczej praktyczne info nt. Helsów. Public transport - w Helsinkach bardzo popularna jest kolej. Działa to na zasadzie naszego metra, ale jest raczej naziemna. Są też busy. 4 euro kosztuje 40-minutowy bilet, więc jest to moim skromnym zdaniem zdzierstwo maksymalne. Ale podobno studenci mogą sobie kupić karty miejskie miesięczne za 21 euro, więc to już brzmi sensowniej :) Różnica jest diametralna, prawda?

Akademiki w Helsinkach... No, moi mili. Czapki z głowy... Ja mieszkam w Klaaneettitie, 15 minut pociągiem od centrum. Akademce to de facto mieszkania. Jedno mieszkanie ma trzy pokoje, łazienkę, toaletę i kuchnię, dzielą je trzy osoby płci jednakiej. Mój pokój w wawce jest dwa razy mniejszy :/ Net podłącza się poprzez włożenie kabla do kompa /no, ale żeby nie było, jak w raju, to trzeba mieć swój kabel ;)/ Erazmusowcy zostawiają po sobie masę rzeczy, tak więc mam już poduszkę, liczne szklanki, talerze i garnki, przewodnik po trasach rowerowych w Helsinkach (juuuuupppiii!!!!), żarówkę i masę wieszaków ;) A propos przewodnika, to pod oknami stoją zasypane śniegiem rowery :DDD

Organizacja w Haaga-Helia University of Applied Science jest naprawdę godna podziwu. Sporo z Was wie, że przyjechała po mnie tutorka, że przywiozła mi klucz. Dostałam też kopertę z masą przydatnych informacji, przewodnikiem po Helsinkach, mapą dla turystów z różnymi fajnymi miejscówkami i... uwaga, uwaga... kartę do telefonu. Jakby ktoś sobie życzył mój fiński numer, to dajcie znać :P

Tymczasem mówię do sczytania!