niedziela, 10 lipca 2011

Koniec

Długo się zbierałam, by napisać ostatni post. Na dodatek, jak już się zebrałam, to zdjęć nie mogę załadować :P

Końcówka pobytu naprawdę była ciężka. Wydawać by się mogło, o czym tu mówić, wiadomo było, że przyjeżdżam na Erasmusa, że będzie 5 miesięcy i wracamy do normalnego życia. Jasssne :/

Tak się składa, że cały ten Erasmus to mi dość dziwnie wyszedł. W końcu studia już skończyłam (pierwsze i zasadniczo główne), pracowałam i nic tylko piąć się po szczeblach kariery, męża wreszcie znaleźć i... osiąść. To mnie coś na północ wyciągnęło.

I chociaż byłam najstarsza i choć nikt nie potrafił zrozumieć, jak to możliwe, że ja już mastera mam i że pracę w Polsce mam i w ogóle eeee... i o co chodzi?, to jednak strasznie wkręciłam się w moje erazmusowe życie, zaprzyjaźniłam się z kilkoma osobami, z wieloma świetnie bawiłam i pożegnania, zwłaszcza niektóre, były ciężkie. Aczkolwiek cały czas miałam poczucie, że to niemożliwe, że się już nigdy nie zobaczymy. Pomyślałam, że to wcale nie jest koniec, że to początek: nowych przyjaźni, poznawania nowych krajów, kultur, języków, inspiracje do nowych podróży i nowe języki. Z taką myślą próbowałam wyjeżdżać. I nie jest źle :) Minął miesiąc, wkrótce jedziemy do Agnieszki, zaraz potem przyjeżdża Marco.

Nie chciałam wracać do mojego normalnego życia. Cały czas mam rozkminę, co tak naprawdę nie podoba mi się w moim życiu warszawskim. To znaczy - nie chcę wyjść na kogoś, kto narzeka. Nie jest źle. Wręcz na pierwszy rzut oka zajebiście jest. Jednak wiem, że to inne rzeczy sprawiają, że czuję, że żyję. Na ten przykład, przyjechałam, wow, super :) Michał, moje ciągle nieumeblowane, ale jednak miłe i przytulne mieszkanko, Kala, rower, kuuuuuupa książek, "nowe" stare ciuchy, zamiast ciągłego chodzenia w jednym zestawie... Tysiąc drobiazgów, z których nawet się naprawdę cieszyłam. Po dwóch dniach zaczęłam się irytować. Na co mi tyle przedmiotów? Stwierdziłam, że połowy powinnam się pozbyć. Po 5 miesiącach życia na jednej walizce i plecaku, zapragnęłam niezbędnego mi minimum i niczego więcej. Po tygodniu przeszło, ale ja nadal nerwowo robię porządki i wyrzucam/oddaję przedmioty.

I tak dalej, i tak dalej... Obecnie mamy już lipiec, ja na dobre w "normalnym" życiu. Praca po 8 godzin dziennie, rozrywki typowe dla Warszawy, rower, weekendowe szlajanie się. Coś jest ze mną nie tak, bo zerkam raz po raz miejsce, w którym trzymam moje liczne torby, walizki i plecaki, o ciuchach myślę w kategoriach "to niezbędnie muszę mieć ze sobą", "to do schodzenia, jakby co, mogę wyrzucić", zaczynam przekopywać net w poszukiwaniu zdjęć Islandii i możliwości wyjazdu. Tym razem nie na 5 miesięcy. Tym razem zadowoli mnie co najmniej 12. No i myślę... kiedy mi przejdzie i czy mi przejdzie do momentu, w którym będę już kupować bilet. Ciężko jest mi siedzieć w miejscu.

Ale nie o tym miało być :) Chciałam zapamiętać ostatnie dni.

Po Petersburgu wykończona byłam maksymalnie. W ciągu pięciu miesięcy zaliczyłam Finlandię, Estonię, Szwecję, Norwegię, Szkocję, Rosję, Niemcy i Holandię. Napawa mnie to niezwykle miłym uczuciem :) Plan został wykonany. Na Erazmusa jechałam z myślą o intensywnym podróżowaniu, wyszło bardzo nieźle. Nie wszystko zgodnie z planem, ale nie ma co narzekać.

Aga chciała jeszcze na Finlandię ruszyć. Taki był zresztą nasz zamiar od jakiegoś już czasu. Nie miałam sił... Autentycznie. Na samą myśl o łapaniu stopa (na normalną podróż nie było nas stać, choć potem dostałam granta, dacie wiarę, na sam koniec pobytu... :/) i spaniu u ludziów różnych, dostawałam dreszczy. Mój śpiworek na moim trzeszczącym łóżku na Kannelmaki jawił mi się jako raj na ziemi. Ostatecznie wyprawa nie doszła do skutku. Szczegółowiej o tym za chwilę...

Najpierw pojechaliśmy z Marco, Agatą i Eva do Nuuksio. Nuuksio leży tuż za Espoo (a Espoo tuż przy Helsinkach), nie była to zatem daleka podróż. Jest to park narodowy. Polecam Wam gorąco to miejsce, bowiem można poczuć się tam cudownie. Gęsty, wysoki, pagórkowaty las upstrzony skałkami. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć. Podobno pięknie jest tam również zimą, choć ja nie byłam.

Zrobiłyśmy również imprezę pożegnalną. A raczej kurde zrobiłam, bo Aga przyszła dwie godziny spóźniona i po dwóch wyszła. Z dużą częścią towarzystwa zresztą, bowiem była to środa, a środa jest świętem dla erazmusów - Amarillo i Onnela, czyli dwie najbardziej obciachowe dyskoteki w mieście. Obciachowe - jak dla kogo, bo duże rzesze cotygodniowo tam jednak wbijały.

Oczywiście normalnie nikt nie przychodzi na imprezy punktualnie, zatem aby się jednak trochę na koniec pointegrować, wystosowałam zaproszenie na 20:00. o 20:00 ja i mieszkanie byliśmy w totalnej rozsypce, no bo przecież - normalnie - nikt punktualnie nie przychodzi. O 20:01 zadzwonił dzwonek. Kto przyszedł? Finowie oczywiście. Tak, Finowie są bardzo punktualnym narodem :)

No i ten pożegnalny trip. Miała być Savonlinna na pojezierzu, miał gościć nas Fin Juuso. Przez to, że się wykręcałam, Aga zwerbowała Agatę i Nicolasa. Potem urobili mnie wszyscy, bym jechała z nimi, ale niestety, Juuso stwierdził, że taki tłum to odpada. Zatem pojechaliśmy do Porvoo, co mnie osobiście najbardziej urządzało, bo na noc mogłam wrócić do mojego śpiworka na moim łóżeczku :) Porvoo trip było super. Nas - czwórka, autostop, robienie pikników na ulicy, przyozdabianie się mleczami, włóczęga po Porvoo. Gdy już wróciliśmy, poszliśmy na plażę oraz do Cafe Regatta - bardzo tanie, fajne miejsce, z super wystrojem i miłym klimatem. Ostatni raz jadłam pullę :(

Nie, co ja gadam... Jaki tam ostatni raz?! :P

No dobra, post jest ostatni. Było suuuuuuupeeeeeer :) Polecam wszystkim Finlandię! :) Ale właśnie im dłużej, tym lepiej. To nie jest miejsce na ziemi, gdzie można pojechać, zobaczyć i wyjeżdża się zachwyconym. Tam trzeba posiedzieć dłużej, poczuć ten klimat, zagłębić się :) A potem Suomi zostaje w sercu :)

Na Erazmusa miejsce perfekcyjne! :)

piątek, 10 czerwca 2011

Pierwsza na wschód wyprawa, czyli Russia trip

Był Sztokholm. Było Oslo. Był Amsterdam i zachodnie Niemcy. Był Tallin i była Szkocja. Pod koniec maja przyszedł czas na ostatnią dłuższą wycieczkę - tym razem na Wschód - Petersburg.

Strasznie się ekscytowałam na ten Petersburg, bo kojarzył mi się jako miasto pełne kultury. Naczytałam się książek, w których ciągle się Petersburg przewijał i chciałam zobaczyć to opiewane przez wielkich miasto.

Im bliżej wyjazdu, tym bardziej czułam, że mi nie na rękę. Przez pięć ostatnich miesięcy prowadziłam życie włóczykija i w pewnej chwili zaczęłam doceniać spokój spania ciągle w tym samym łóżku. Od szlajania się po całej Europie łydki urosły mi niemiłosiernie, zamiast mięśni mam duże, twarde kule ;)

Ale Petersburg był zabukowany już od dawna. To była jedyna wycieczka, którą postanowiłam zakupić w biurze podróżny. Przyczyna jest prosta, a mianowicie konieczność posiadania wizy. W Helsinkach wyjazdy do Petersburga są atrakcją organizowaną obficie, bowiem jeśli jedzie się na maksymalnie 72 godziny z użyciem promu, to wyprawa jest bezwizowa. Na dłużej bądź innym środkiem transportu, wizę trzeba mieć. Stwierdziłam zatem, że skoro to i tak mają być tylko trzy dni, i tak ma być prom, to wyluzuję i kupię wycieczkę. Pojechałam z Bair Travel Agency, ceny zaczynają się od 175 euro. Jak dla mnie było spoko, ale sporo osób narzekało na tę firmę, więc wyczajcie aktualnie panujące nastroje i sami zdecydujcie. Aczkolwiek ja raczej polecam.
Do Petersburga miałam jechać już w marcu, ale był taki lód na Bałtyku, że prom nie płynął. Zatem przebukowałam sobie tripa na maj i dostałam w gratisie wycieczkę po Ogrodach. Czyli ładnie postąpili. I Bair, właściciel agencji, jest bardzo miłym i ugodowym człowiekiem, da się z nim dużo załatwić.

Z biegiem czasu okazało się, że na Russia trip uplasował się skład Kat, Ingrid i Nicolas :) Nie było Aniecki, więc nie było przypałów, ale i tak było miło :)

Sam Petersburg mnie jednak rozczarował. Chociaż nie chcę tym, którzy będą mieć plan, by się wybrać, mącić w głowie i zniechęcać. Jechać warto, zobaczyć i do widzenia ;) Nie no, z kulturalnego miasta wyszła dupa blada. W maju pełno jest turystów, tłok jest niesamowity, samochodów tyle co w Wawce na Świętokrzyskiej o 13:00 w środku tygodnia. Smog i cerkwie, no zajebiście :) Choć cerkwie niebrzydkie, za wszystko nie nadrobią. Ermitaż, czyli wielkie muzeum, przepiękne. Robi przeogromne wrażenie, ale to właściwie jedyna rzecz, która robi wrażenie. Reszta pozostawiła mi niesmak. Za dużo oczekiwałam po prostu. Na ten przykład, podjarałam się muzeum Dostojewskiego, które okazało się dwoma pokojami i salą ze zdjęciami ludzi, którzy i tak nic do mnie mi nie mówili ;)

To tak to było. Gdyby nie Ingrid i Nicolas, byłaby kiszka. Ale tak jak mówię, może nie ma co się sugerować moją opinią. Z jednej strony zakochana w maleńkich, cichych, wyludnionych Helsinkach ;) Z drugiej strony jedną nogą jeszcze w pięknej, słonecznej, zielonej Szkocji. Może dlatego chluba Rosji nie potrafiła podbić mego serca...

Co ciekawe, w Petersburgu jest dużo nawiązań do Holandii: tulipany, flagi, Latający Holender... Piotr I był zakochany w Holandii i podobno planował Petersburg na wzór Amsterdamu.

Co warto zrobić w Petersburgu? Warto iść o 1:30 obejrzeć podnoszenie mostów zwodzonych :) Widok jest fajny, zbiera się dużo stateczków, świecą światełkami i jest miło. Oprócz stateczków zbiera się sto tysięcy ludzi, więc też tłoczno. W maju jasno w środku nocy :) No i zobaczyłam Białe Noce. I też były takie, o. I pójdźcie jeszcze pozwiedzać czerwoną linię metra. Stacje są naprawdę ciekawe. Tu można poczuć ten "kulturalny" Petersburg. Jeszcze do niedawna nie można było robić zdjęć na stacjach, teraz już tak, jednak koniecznie - bez lampy. Bo to zabytki są ;)

A jakby Wam się Petersburg znudził, to Newą dopłyniecie i do Moskwy, i do Tallina, i do Kijowa :)
Enjoy!

poniedziałek, 30 maja 2011

Maj - czas nowych przyjaźni i zażywania wiosny :)

Wszyscy czekaliśmy na maj. Każdy liczył na to, że w maju zrobi się wreszcie cieplej i w końcu nastanie wiosna. Wysoka temperatura (kilkanaście stopni) pojawiała się już przed moim i Anieckowym wyjazdem do Szkocji, ale dość sporadycznie. Po przyjeździe z zaskoczeniem zauważyłam, że drzewa przed moim oknem wreszcie się zazieleniły! Najśmieszniejsze jest jednak to, że Finowie ostrzegali nas, że nawet na Vappu może padać śnieg i faktycznie padał! Choć dla Was niekoniecznie musi być to coś wielkiego, bowiem dwa dni później padał w Polsce :P

Pokazuję Wam rower :) Roweru brakowało mi tu strasznie. Początkowo były plany zakupu używaka, ale nawet ceny używanego bicykla przerastały moje możliwości. Wpadałam więc na genialny pomysł poproszenia kogoś na Couchu o pożyczenie roweru na weekend :) Ludzie są tam bardzo pomocni i tak oto śmigałam męską kolarzówą z zepsutymi hamulcami przez trzy dni, z nosa mi kapało, w gardle drapało... Ale dzielnie korzystałam! ;)

Wiosną bardzo popularne jest robienie pikników na Suomenlinnie i Seurasaari. My też się wybraliśmy raz. Przygotujcie się jednak na to, że na Suomenlinnie nie rozpalicie grilla (bo nie wolno). Inna istotna sprawa to to, że tam jest niesamowicie wietrznie nieustannie. Wiatr jest przeszywający i bardzo zimny, dlatego warto pomyśleć o czymś cieplejszym. Aczkolwiek z moich obserwacji nie wszystkim wiatr przeszkadza (patrz: Nicolas na zdjęciu poniżej :D).

W pewnym momencie mojego pobytu w Helsinkach normą stało się, że w niedzielę wieczorem idziemy do Tigera. Agata chodziła praktycznie od samego początku, ja się dałam namówić jakoś w kwietniu po raz pierwszy, bowiem Tiger to chamska dyskoteka, ale zdobyła serca erazmusów tym, że można tam zakupić piwo/cidera za 1 euro (dla porównania standardowe ceny to 3-6 euro). Okazało się, że aż tak chamsko to nie jest, ponadto co tydzień można było spotkać wielu znajomych, więc Tiger stał się punktem obowiązkowym w naszym tygodniowym rozkładzie jazdy. Myk był taki, że trzeba było zakupić piwo/cidera do 23:00, dostawało się niebieski kubek, który potem napełniało się za 1 euro. Wejście do 00:00 bezpłatne. Oczywiście ludzie szybko wpadli na genialny plan, by kubki wynosić, wówczas nie musieliśmy przychodzić przed 23:00, a i tak mieliście dojście do wodopoju za 1 euro (a nie za 7 - bez kubka :/). Jednakowoż ostatni Tiger zaowocował przypałem. Nikt mi nie powiedział, że niebieskie kubki są stopniowo wycofywane na rzecz przeźroczystych i gdy ostatnio poszłam do babki z trzeba niebieskimi kubkami i hasłem "three ciders, please!", ona rzuciła kubkami o zlew i oskarżyła mnie o kradzież. Powiedziałam, że to nie moje, lecz znajomych, a Aga&Agata cieszyły się, że to na mnie padło, bo one by spłonęły, a ja udałam głupka :P Ale generalnie polecamy Tigera :)

Maj to również czas pożegnań i powitań... Joana (Portugalka) zaczęła emocjonalny zjazd kończąc praktyki i wyjeżdżając już na początku maja. Z drugiej strony stale pojawiały się nowe osoby. Zaprzyjaźniłam się bardzo z Nicolą (Francuz). Nicolas jest pięć lat młodszy ode mnie i naprawdę w pewnej chwili zaczęłam go traktować jak mojego małego braciszka (szczególnie podczas pobytu w Petersburgu, o czym będzie wkrótce). Na samym początku maja pojawił się też Marco, najfajniejszy, najśmieszniejszy i najprzystojniejszy Włoch, jakiego znam. Spędziłam z nim wiele majowych chwil śmiejąc się lub kłócąc zażarcie o Boga. Potem, tuż po zakończeniu szkoły wyjechał Christoph. Walczył dzielnie o przebukowanie biletu, ale nie udało się. Nie było go na Polish Farewell Party, już wtedy odczułam jego brak. A ostatniej niedzieli w Tigerze stwierdziłam, że Tiger bez Chrisa to nie ten sam Tiger...

Maj jest pełen fruwających wszędzie emocji. Ambiwalencja niesamowita... Z jednej strony wymęczonam tym Erazmusem strasznie, tęsknię do moich przyjaciół i normalności, normę imprezową wyrobiłam chyba na co najmniej kolejne pięć lat... Z drugiej strony chętnie zabrałabym do Warszawy Agę, Marco, Christopha, Jorge, Nicolę, Ingrid, Ecem i może nawet parę innych osób też :)

Dziś jest mój ostatni wieczór w Helsinkach. Jutro o 8:30 wylatuję do Rygi, potem przesiadam się w samolot do Warszawy.

11.01. - 31.05.2011 Aga, wiem, że prychniesz, ale niestety, powiem jak obciachowo przeciętny Erazmus - w moim życiu to też był najzajebistszy czas :) Przynajmniej póki co ;)

wtorek, 24 maja 2011

Guano, przez Tallin do Szkocji i Vappu na koniec :)

Dziś szaleję :) Dwa posty jednego dnia! Woooohoo :P Ale chilloutu trochę potrzebuję, targają mną ambiwalentne emocje okołowyjazdowe, z jednej strony tęęęsknię, z drugiej za nic nie chcę wyjeżdżać... Ciężki czas :/

Spójrzcie na dół :) W połowie kwietnia zaliczyłam w Helsinkach koncert Guano Apes. Pamiętam, jak jechałam z wypiekami na twarzy na Woodstock (i to przez Szczecin! :P) w 2009 tylko po to, by zobaczyć Guano, i z jakim rozczarowaniem drżałam z zimna pod jakimś przeciekającym zadaszeniem w oczekiwaniu na pociąg powrotny do Warszawy. Ale nie przestałam ich wielbić i gdy dowiedziałam się, że grają w Helsach, wiedziałam, że muszę być na tym koncercie. I byłam :) I był to jeden z najlepszych koncertów na jakim byłam. Trochę się nie dogadywali ze sobą na scenie, ale z publicznością bardzo :) Żywy, spontaniczny, energetyczny koncert ze składem w pełni sił :)


Pod koniec kwietnia miałyśmy z Aniecką akcję pod kryptonimem "Przez Tallin do Szkocji".

Nie wiem, jakim cudem dałam się jej namówić na 8 dni podróżowania ze spaniem na Couchu. Z tego, co pamiętam, podałam jej przedział czasowy, kiedy mogę jechać, a ona zabukowała bilety dokładnie na początek i koniec mojego przedziału :D
Wróciłyśmy wymięte, ale warto było! Do Tallina promem z Helsinek, dzień na uroczej, aczkolwiek malutkiej starówce. Oczywiście pieszo przez pół miasta, by złapać autobus na lotnisko, ale przekonałam się, że Tallin przypomina mi momentami Warszawę... Nie będę Wam polecać szczególnych linii, którymi najlepiej (czyt. najtaniej) dostać się do Tallina, bowiem my kombinowałyśmy, w jedną stronę jedną linią, w drugą - drugą. Wszystko zależy od dogodnych dla Was godzin oraz tego, czy akurat są dostępne mega promocje. Zawsze warto porównać różne linie.

Potem lot Ryanairem do Edynburga. Oczywiście kombinacje te zostały obczajone przez Agę, co by nam wyszło najtaniej. Lot z Tallina do Edyn w dwie strony wyniósł nas 40 euro na głowę, więc nie najgorzej Aga kombinuje :)
Pierwsze dwie noce w Edyn spędziłyśmy u Grześka z CS, do którego przyjechał Łuki i Marek. Było fajosko :) Swojsko i prześmiesznie :) Malowaliśmy gotowane jajka pisakami i mieliśmy tradycyjne, polskie śniadanie świąteczne :)

Potem łapałyśmy stopa do Magdy, do Aberdeen. Zaznałyśmy u niej prawdziwej, pięknej Szkocji, do której zapałałam miłością. Jedyny minus Szkocji to wilgoć przeszywająca mnie aż do szpiku kości. Było mi tam non stop zimno :/

Potem znów Edyn i CS u pięknego Francuza Samuela i geja Łotysza Valtersa. Mili chłopcy :)

Jednym słowem, wyprawa mega :) Szkocja urokliwa, choć Edynburg zbyt tłoczny dla mnie. Obawiam się jednak, że po Helsinkach stale będzie mi towarzyszyć uczucie tłoku w większych miastach. Aż się boję do Warszawy wracać...

Po Edynburgu przyjechałyśmy wprost na Vappu. W planach było zostawienie plecaków i ruszenie na miasto. W akademiku u Agi na Kamppi przed windą spotkałyśmy ekipę Agata-Włosi, największych pijaków erazmusowych :P

Mimo wszystko jednak nikt nie przebije Finów :) Vappu to szaleństwo, o 2:00 w nocy na ulicach dzikie tłumy. Generalnie zamysł jest podobny do naszych juwenaliów, jednak tutaj Vappu obchodzi się w centrum miasta, kluby są napchane, większość przebrana jest albo w kombinezony szkół, albo w inne, mniej lub bardziej dziwne stroje (patrz Aga walcząca z sumo).

Myślałam, że Vappu to coś dzikiego, ale gdy pamiętnego 15.05 Finlandia wygrała ze Szwecją w ice hockeya, wówczas ujrzałam istne szaleństwo. Wracaliśmy o drugiej AM z Tigera, nie byliśmy w stanie dojechać na Kannelmäki ani pociągiem, ani taksówką, ani nijak. Na szczęście Aniecka się zlitowała, bo Czajna wyjechała do Kopenhagi, i przenocowała dwie Polki i Italiano :)

Zresztą, sami sobie obejrzyjcie, co się działo :) Poniżej:

Klimat Helsinek

Cześć :) Blog przymarł śmiercią naturalną... Druga połowa pobytu jest istnym szaleństwem, walką z czasem, ciśnięciem assigmentów, towarzyskim się udzielaniem, podróżowaniem, ale niestety też rezygnowaniem z wielu rzeczy, bo przecież wszystkiego nie da się zrobić... Stąd moja nieobecność, bo jednak spędzanie czasu dla przyjemności przed komputerem zostało zepchnięte na daleką pozycję na mojej liście priorytetów.

Cofam się dzisiaj trochę w przeszłość i pokazuję Wam zdjęcia z kwietnia, jeszcze z pobytu Marty. Miałyśmy okazję powłóczyć się trochę po Helsinkach, choć wraz z wieloma moimi znajomymi zgodnie twierdzimy, że Helsinki nie są miastem dobrym do odwiedzania, lecz doskonałym do życia. Spójrzcie na foty: zieleń, jeziora, drzewa, pagórki, spokój... Za takimi Helsinkami będę całe życie tęsknić, do takich Helsinek chcę wracać, bądź nawet wrócić, kto wie...

Dla tych, którzy przyjadą do Helsinek - jest kilka punktów, które tworzą klimat tego miasta... Sobór Uspieński na wyspie Katajanokka, który widać z wybrzeża, gdzie wsiadamy na promy do Tallina, Petersburga, czy stateczek na Suomenlinnę. Tuomiokirkko - wielka, biała, luterańska katedra, górująca nad Helsinkami, gdzie co dzień przesiadują Finowie i turyści na ogromnych schodach. Suomenlinna z jej ruinami fortecy i Seurasaari z jej wiewiórkami (oba miejsca to wyspy, na Suomenlinnę dostaniecie się statkiem za darmo z kartą miejską, tramwaj 3T z centrum; na Seurasaari można dojść mostem bądź zimą po morzu). Rautatienasema, czyli Dworzec Główny, piękna budowla, niesamowity klimat, strategiczne miejsce spotkań i serce Helsinek. Mannerheimintie - główna ulica Helsinek, tu życie toczy się 24 godziny na dobę. Kamppi, czyli nowe centrum miasta, i jego sklepy, pubu, cluby... Park Sibelliusa wraz z rzeźbą przedstawiającą muzykę. Ogromny i piękny cmentarz Hietaniemi i plaża Hietaniemi, gdzie zachody słońca wiosną oszałamiają... Nie wiem, czy w kilka dni da się poczuć ten klimat. Dla mnie jest on najlepszy, jakiego do tej pory zasmakowałam.


Inne miejsca, za którymi będę tęsknić, to oczywiście Pasila i Kannelmäki. Pasila - tam znajduje się Haaga-Helia, która głupią szkołą jest, ale mimo wszystko przysporzyła mi wiele radości. Po samej Pasili fajnie się powłóczyć, jest mniej reprezentatywna niż "dół" Helsinek, ale warto zobaczyć odrobinę "normalniejsze" Helsinki. Kannelmäki z kolei to jedno z najlepszych miejsc, w jakich mieszkałam. 15 minut pociągiem od centrum, otoczone lasami, parkami i skałkami. Cicho i przytulnie. Przed blokiem ludzie robią grille bądź pikniki.

Ależ żem się rozczuliła! :) Na zakończenie wywodów mych: w połowie kwietnia dostałam od moich cudownych rodziców paczkę z polskim jedzeniem: bogosik, leczo, dżemiki, zupki, Kubusie, kabanoski (których nie jem, bowiem moje sumienie się znów o semi-wegetarianizm doprasza)... Dziękuję raz jeszcze! Mała porada dla przybywających do Helsinek (tudzież tu przebywających): słuchajcie, poczta jest rzeczą zajebiście drogą. Szaleństwo jest cokolwiek przesyłać, ale oczywiście - czasem jak mus, to mus. Jednak dobrym pomysłem był pomysł mojego taty. Wynalazł on pana, który jeździ tirem do Helsinek z Polszy, paczka dotarła zatem do mnie za darmo.

Buziaki i wkrótce będzie więcej :P

poniedziałek, 2 maja 2011

Zachód na helsińskim wybrzeżu

Dziś nie będę pisać. Pokażę Wam za to, jak wyglądało wybrzeże w Helsinkach w dniu urodzin Christopha :)














niedziela, 1 maja 2011

Laponia


Witajcie po miesiącu nieobecności :)

Jest mi niezmiernie przykro, że tak to wyszło, że nie pisałam, ale żyję w niedoczasie. Jak zapewne zauważyliście, dużo podróżuję podczas mojej wymiany, więc każdy miesiąc jest dla mnie minimum o tydzień krótszy niż powinien być. Wobec tego między wycieczkami muszę pracować ze zdwojoną siłą, tym bardziej, że staram się nie rezygnować z wielu atrakcji. Time management opanowany do perfekcji - tego na pewno nauczy Was Erazmus :P

Kontynuując me wywody, w pierwszej połowie kwietnia przyjechała do Helsinek moja psiapsióła Marta. Wyruszyłyśmy na daleką północ, czyli że Laponię :)

Od razu Wam mówię, że kwiecień nie jest dobrym miesiącem na wyprawy do Laponii. Śnieg zdecydowanie jeszcze nie stopniał po zimie, natomiast jest już bardzo brudny i "zużyty" i ogólnie fuj. Przedwiośnie to paskudna pora roku, a w Laponii, ze względu na ogromne ilości śniegu, trwa bardzo długo. Zatem jedźcie zimą, kiedy jest biało, bądź późnym latem, kiedy jest ruska, czyli piękna, ruda i bardzo krótka, bo zaledwie dwutygodniowa, lapońska jesień. Mój quest na przyszłość :) Ktoś chętny się dołączyć (niekoniecznie w tym roku :P)??

Celem naszej wyprawy było Rovaniemi, czyli stolica fińskiej części Laponii. Zatrzymałyśmy się tam u dziewczynki z CS. Polecam Wam taką formę postoju w Rov, bowiem chętnych do goszczenia jest bardzo wielu wbrew niewielkim rozmiarom miasta.

Samo Rovaniemi nie jest imponujące, ale dobrym pomysłem jest urządzanie sobie spacerów wzdłuż dwóch rzek, których zbieg znajduje się w pobliżu Rovaniemi - Kemijoki i Ounasjoki. My zaliczyłyśmy również wyprawy dalej poza miasto. Laponia słynie z przyrody. Tu naprawdę przez długie kilometry nie natknięcie się na żadną wioskę. Wszędzie drzewa i cisza.

Co warto zobaczyć, czego doświadczyć w Laponii? Zdania są różne. My udałyśmy się do zoo leżącego pod miasteczkiem Ranua, 60 km na południe od Rovaniemi (czyli właściwie nie jest to Laponia). Zoo słynie ze zwierząt polarnych. Jest świetne i polecam Wam je gorąco. Nawet tym, którzy nie są takimi miłośnikami zwierząt, jak ja, bowiem zoo usytuowane jest w środku lasu, wybiegi są bardzo duże. Zwiedzanie tego zoo zakrawa o mini wyprawę :)

Polecam Wam też farmę reniferów na napapiiri, czyli na kole podbiegunowym. Podobno farma oferuje różne atrakcje, jak chrzest polarny czy coś w tym stylu, ale jak już wspomniałam, kwiecień to taka nie wiadomo jaka pora roku, niby już nie zima, ale jeszcze nie lato, więc wiele rzeczy się nie odbywa. Farma znajduje się niedaleko Rovaniemi (ok. 7 km). Reniferków jest tam bardzo dużo, patrzą ze zdziwieniem na turystów i można je pogłaskać, jak zechcą podejść :)

Obowiązkowo należy zaliczyć Wioskę Świętego Mikołaja (również kilka km od Rovaniemi na północ). Spotkanie z Mikołajem polega na tym, że się siada obok wielkiego czerwonego faceta, który stara się zagadywać i powiedzieć coś w Twoim ojczystym języku, a zabawna elfica, pomocnica Mikołaja, robi fotę, którą później można sobie zakupić za symboliczne 20 euro minimum. Komercha maksymalna, aż do obrzydzenia. Tak sobie jednak myślę, że może jednak nie jedźcie do tej wioski, bo po tej wizycie na pewno przestaniecie wierzyć w Świętego Mikołaja.

W Rovaniemi jest również baaaardzo ciekawe, multimedialne muzeum - Arktikum, które poświęcone jest ogólnie Arktyce. Dla spragnionych wiedzy wspaniałe miejsce :)

Zorzy nie widziałam :( Kwiecień to niedobry miesiąc :P

Ach, dla tęskniących za przygodą, chętnych pogadania z tubylcami bądź tych o niskim budżecie - autostop w Laponii to pestka. Polecam. Szczególnie, jak wiezie Was dziadek, który ni w ząb po Englishu :P Ja nie do niego "Anteeksi, en puhu suomea", czyli że nie mówię po fińsku, a on do mnie "suklata", czyli żebyśmy się czekoladą częstowały i "hahaha" śmieje się w głos :) No cudnie było :))

Do Rovaniemi dostaniecie się pociągiem za jedyne 160 euro w dwie strony :P /bądź 80 ze zniżką studencką, ale pamiętajcie - najpierw trzeba wyrobić kartę VR, o której już tu pisałam/. Najlepiej wziąć nocny. Wieczorem wyjeżdżamy z Helsinek, a rano jesteśmy w Rovaniemi. Nocny ma jeden zasadniczy minus - światło świecą całą noc :/ :P