Długo się zbierałam, by napisać ostatni post. Na dodatek, jak już się zebrałam, to zdjęć nie mogę załadować :PKońcówka pobytu naprawdę była ciężka. Wydawać by się mogło, o czym tu mówić, wiadomo było, że przyjeżdżam na Erasmusa, że będzie 5 miesięcy i wracamy do normalnego życia. Jasssne :/
Tak się składa, że cały ten Erasmus to mi dość dziwnie wyszedł. W końcu studia już skończyłam (pierwsze i zasadniczo główne), pracowałam i nic tylko piąć się po szczeblach kariery, męża wreszcie znaleźć i... osiąść. To mnie coś na północ wyciągnęło.
I chociaż byłam najstarsza i choć nikt nie potrafił zrozumieć, jak to możliwe, że ja już mastera mam i że pracę w Polsce mam i w ogóle eeee... i o co chodzi?, to jednak strasznie wkręciłam się w moje erazmusowe życie, zaprzyjaźniłam się z kilkoma osobami, z wieloma świetnie bawiłam i pożegnania, zwłaszcza niektóre, były ciężkie. Aczkolwiek cały czas miałam poczucie, że to niemożliwe, że się już nigdy nie zobaczymy. Pomyślałam, że to wcale nie jest koniec, że to początek: nowych przyjaźni, poznawania nowych krajów, kultur, języków, inspiracje do nowych podróży i nowe języki. Z taką myślą próbowałam wyjeżdżać. I nie jest źle :) Minął miesiąc, wkrótce jedziemy do Agnieszki, zaraz potem przyjeżdża Marco.
Nie chciałam wracać do mojego normalnego życia. Cały czas mam rozkminę, co tak naprawdę nie podoba mi się w moim życiu warszawskim. To znaczy - nie chcę wyjść na kogoś, kto narzeka. Nie jest źle. Wręcz na pierwszy rzut oka zajebiście jest. Jednak wiem, że to inne rzeczy sprawiają, że czuję, że żyję. Na ten przykład, przyjechałam, wow, super :) Michał, moje ciągle nieumeblowane, ale jednak miłe i przytulne mieszkanko, Kala, rower, kuuuuuupa książek, "nowe" stare ciuchy, zamiast ciągłego chodzenia w jednym zestawie... Tysiąc drobiazgów, z których nawet się naprawdę cieszyłam. Po dwóch dniach zaczęłam się irytować. Na co mi tyle przedmiotów? Stwierdziłam, że połowy powinnam się pozbyć. Po 5 miesiącach życia na jednej walizce i plecaku, zapragnęłam niezbędnego mi minimum i niczego więcej. Po tygodniu przeszło, ale ja nadal nerwowo robię porządki i wyrzucam/oddaję przedmioty.
I tak dalej, i tak dalej... Obecnie mamy już lipiec, ja na dobre w "normalnym" życiu. Praca po 8 godzin dziennie, rozrywki typowe dla Warszawy, rower, weekendowe szlajanie się. Coś jest ze mną nie tak, bo zerkam raz po raz miejsce, w którym trzymam moje liczne torby, walizki i plecaki, o ciuchach myślę w kategoriach "to niezbędnie muszę mieć ze sobą", "to do schodzenia, jakby co, mogę wyrzucić", zaczynam przekopywać net w poszukiwaniu zdjęć Islandii i możliwości wyjazdu. Tym razem nie na 5 miesięcy. Tym razem zadowoli mnie co najmniej 12. No i myślę... kiedy mi przejdzie i czy mi przejdzie do momentu, w którym będę już kupować bilet. Ciężko jest mi siedzieć w miejscu.
Ale nie o tym miało być :) Chciałam zapamiętać ostatnie dni.
Po Petersburgu wykończona byłam maksymalnie. W ciągu pięciu miesięcy zaliczyłam Finlandię, Estonię, Szwecję, Norwegię, Szkocję, Rosję, Niemcy i Holandię. Napawa mnie to niezwykle miłym uczuciem :) Plan został wykonany. Na Erazmusa jechałam z myślą o intensywnym podróżowaniu, wyszło bardzo nieźle. Nie wszystko zgodnie z planem, ale nie ma co narzekać.
Aga chciała jeszcze na Finlandię ruszyć. Taki był zresztą nasz zamiar od jakiegoś już czasu. Nie miałam sił... Autentycznie. Na samą myśl o łapaniu stopa (na normalną podróż nie było nas stać, choć potem dostałam granta, dacie wiarę, na sam koniec pobytu... :/) i spaniu u ludziów różnych, dostawałam dreszczy. Mój śpiworek na moim trzeszczącym łóżku na Kannelmaki jawił mi się jako raj na ziemi. Ostatecznie wyprawa nie doszła do skutku. Szczegółowiej o tym za chwilę...
Najpierw pojechaliśmy z Marco, Agatą i Eva do Nuuksio. Nuuksio leży tuż za Espoo (a Espoo tuż przy Helsinkach), nie była to zatem daleka podróż. Jest to park narodowy. Polecam Wam gorąco to miejsce, bowiem można poczuć się tam cudownie. Gęsty, wysoki, pagórkowaty las upstrzony skałkami. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć. Podobno pięknie jest tam również zimą, choć ja nie byłam.
Zrobiłyśmy również imprezę pożegnalną. A raczej kurde zrobiłam, bo Aga przyszła dwie godziny spóźniona i po dwóch wyszła. Z dużą częścią towarzystwa zresztą, bowiem była to środa, a środa jest świętem dla erazmusów - Amarillo i Onnela, czyli dwie najbardziej obciachowe dyskoteki w mieście. Obciachowe - jak dla kogo, bo duże rzesze cotygodniowo tam jednak wbijały.
Oczywiście normalnie nikt nie przychodzi na imprezy punktualnie, zatem aby się jednak trochę na koniec pointegrować, wystosowałam zaproszenie na 20:00. o 20:00 ja i mieszkanie byliśmy w totalnej rozsypce, no bo przecież - normalnie - nikt punktualnie nie przychodzi. O 20:01 zadzwonił dzwonek. Kto przyszedł? Finowie oczywiście. Tak, Finowie są bardzo punktualnym narodem :)
No i ten pożegnalny trip. Miała być Savonlinna na pojezierzu, miał gościć nas Fin Juuso. Przez to, że się wykręcałam, Aga zwerbowała Agatę i Nicolasa. Potem urobili mnie wszyscy, bym jechała z nimi, ale niestety, Juuso stwierdził, że taki tłum to odpada. Zatem pojechaliśmy do Porvoo, co mnie osobiście najbardziej urządzało, bo na noc mogłam wrócić do mojego śpiworka na moim łóżeczku :) Porvoo trip było super. Nas - czwórka, autostop, robienie pikników na ulicy, przyozdabianie się mleczami, włóczęga po Porvoo. Gdy już wróciliśmy, poszliśmy na plażę oraz do Cafe Regatta - bardzo tanie, fajne miejsce, z super wystrojem i miłym klimatem. Ostatni raz jadłam pullę :(
Nie, co ja gadam... Jaki tam ostatni raz?! :P
No dobra, post jest ostatni. Było suuuuuuupeeeeeer :) Polecam wszystkim Finlandię! :) Ale właśnie im dłużej, tym lepiej. To nie jest miejsce na ziemi, gdzie można pojechać, zobaczyć i wyjeżdża się zachwyconym. Tam trzeba posiedzieć dłużej, poczuć ten klimat, zagłębić się :) A potem Suomi zostaje w sercu :)
Na Erazmusa miejsce perfekcyjne! :)






























