piątek, 25 lutego 2011

Oslo trip

Cześć Wam wszystkim! :)

Wczorajszy wieczór i dzisiejszy dzień upłynął mi pod hasłem Poets of the Fall. Cóż to takiego, zapytacie. Poets of the Fall to przezajebisty, oczywiście fiński zespół, który pokazał mi mój ulubiony kolega Jorge mający jeszcze większego fioła na punkcie fińskiej muzyki niż ja niegdyś. Zapodaję Wam dwa linki. Posłuchajcie koniecznie, warto!
http://www.youtube.com/watch?v=udyvXkANsyA
http://www.youtube.com/watch?v=7tA2d4DWdGw
A już 18.03 idziemy na koncert chłopaków do Tavastii :) Jupi!

Dzisiejsze zdjęcia to zdjęcia Oslo :) Jako że już siedzę sobie w tej Skandynawii, to stwierdziłam, że wypadałoby poobczajać również inne skandynawskie kraje. Oczywiście jak zwykle marzy mi się nieosiągalne - Islandia (póki co, bo kto wie), ale postanowiłam nie dać za wygraną i odhaczyć przynajmniej dwie skandynawskie stolice. I tak niedawno był Sztokholm, początek zaś tego tygodnia spędziliśmy z Jorge w Oslo podziwiając trolle, łosie, śnieg i dziwne rzeźby w Sculpture Parku.

Niestety tym razem zdjęcia są kiepskie (a przynajmniej w moim odczuciu poprzednie były ciekawsze). Po pierwsze Oslo okazało się bardzo przeciętnym miejscem na ziemi, po drugie kiepsko się czułam i nie miałam zapału do robienia zdjęć. Co więcej, towarzyszył mi fotograf, więc stwierdziłam, że tym razem odpuszczę sobie rolę tej, co biega z aparatem za innymi, i przekażę pałeczkę zdolniejszemu osobnikowi.

Parę rzeczy godnych zobaczenia w Oslo... Ten, wspomniany już przeze mnie, Sculpture Park. Jest to park pełen przedziwnych rzeźb postaci ludzkich, a dzieła wieńczy ogromny pomnik z wielu powykręcanych ciał znajdujący się na szczycie wzgórza. Fotę wrzuciłam na FB, zresztą możecie sobie wygooglować, bo podejrzewam, że to jedna z "większych" rzeczy w Oslo. W Oslo mają także sporo ciekawych muzeów. My byliśmy m.in. w Muzeum Wikingów (można sobie pooglądać prawdziwie łodzie Wikingów), Centrum Holocaustu (ale musiałam siłą zaciągnąć Jorge, kolega z Wenezueli jest i to była właśnie sytuacja, gdy wychodzą na wierzch różnice pomiędzy nami - kulturowe, historyczne itp.).
Polecam też wszystkim Muzeum Muncha - widziałam "Krzyk"!!! Chociaż podobno nie zawsze się da zobaczyć, bo często jest wypożyczany. Ale i tak - prace Muncha są warte obejrzenia, a do tego wejście jest darmowe.
A propos... To nie plotki - Oslo jest niesamowicie drogie. Jest najdroższym miastem na świecie i naprawdę da się to odczuć. 20 minut jazdy pociągiem z lotniska do centrum Oslo to 170 koron norweskich. W tej chwili korona stoi za 0,51 zł. Nie chcę tego liczyć, jak ktoś ma ochotę, to sobie policzcie, ja szybko odwracam wzrok od tych liczb, a myślami wracam do mych licznych przygód! :P

No bo... Kasia by nie była Kasią, gdyby przygód nie miała, prawda? :) Dojechaliśmy z Jorge do hostelu, godzina grubo po 23:00, stoimy sobie ładnie w kolejeczce, bo jacyś ludzie byli przed nami. W pewnej chwili naszła mnie refleksja... Aga zgrywała się z nas praktycznie do samego wyjazdu, że będziemy na lotnisku albo na stacji spać, bo szukałam noclegu z CS i w końcu nic nie znalazłam. Coś mnie tknęło i mówię do J. "Ale będzie czad, jak będziemy dziś na stacji spać...". On oczywiście, że kraczę i żebym zamilkła. No więc milczałam, ale gdy pan na recepcji powiedział nam, że nie ma naszej rezerwacji, nie mogłam nie wybuchnąć śmiechem! Na szczęście mieliśmy potwierdzenie wydrukowane. Przygoda zakończyła się nad wyraz dobrze. Zamiast dwójki dostaliśmy ósemkę, w której mieszkaliśmy sami. A w ramach rekompensaty (tylko za co? chyba za 15 minut stresu) - ręczniki i pościel free of charge :) Mają też darmowy net, gdyby ktoś był zainteresowany. A nazywają się Ankar Hostel. Podsumowując, nawet polecam, hostel stosunkowo tani, jeśli mówimy o cenach norweskich, warunki niezgorsze, ale jak będziecie bookować przez net, to zadzwońcie/napiszcie celem potwierdzenia, bo jak dostaniecie automatyczne potwierdzenie na maila, to jak widać, nic nie znaczy... :)

Inna ciekawa rzecz, to że w Oslo dużo Polonii :) Kilka razy słyszałam Polaków, na szczęście nie musiałam się wstydzić... I, co jest dla mnie niesamowicie ciekawe, w norweskim jest wiele słów brzmiących podobnie do polskich, np. frozjer (o jest przekreślone, domyślamy się, że to coś pomiędzy 'a' a 'e', jak ktoś wie, to dajcie znać!), co oczywiście znaczy fryzjer.

A propos znaczenia słów, to jeszcze jedna zabawna rzecz :) 'Dziękuję' po szwedzku to 'tack', po norwesku 'takk'. Oba słowa wymawiamy jak nasze polskie 'Tak'. Zabawne było dla mnie ciągle słuchać potwierdzeń tam, gdzie spodziewałabym się podziękowań ;)

Niedługo mi się party na chacie zaczyna, więc pójdę już. Papier nam się kończy, więc M. postanowiła zrobić imprezę :D (to żart taki ironiczny miał być, po imprezach zawsze jest kupa puszek, które sprzedajemy, ostatnio za tę kasę kupiłyśmy papier, o który był mały konflikt zapoczątkowany przez M.; Jenny się śmiała, że M. powiedziała kiedyś, że celem zdobycia kasy z puszek będzie robić częściej imprezy). Dobra, zagmatwałam chyba trochę :D Idę. Buziaki!!

niedziela, 20 lutego 2011

Seurasaari trip i dwie fajne miejscówki w Helsinkach

Hei!

Mam dziś dla Was nową dawkę zdjęć śniegu ;)
Byliśmy wczoraj na kolejnej wycieczce, tym razem zebrało nas się aż 15 osób. Pojechaliśmy na wyspę przy Helsinkach - Seurasaari. Wyspa ta znana jest z open-air museum. Jest tu skansen, dużo starych, drewnianych budyneczków, bardzo fajny klimat. Budynki były sprowadzane z różnych miejsc Finlandii i zebrane na tej wysepce. Oczywiście zimą to za dużo nie zobaczyliśmy, wszystko pozamykane na cztery spusty, ale mamy silne postanowienie, by kontynuować nasze wycieczki do końca pobytu w Helsach i jeszcze wrócić na Seurasaari, letnią porą.

Na wyspę z lądu dostać się można mostem, jednak zimą mało kto korzysta z mostu. Wszyscy pchają się na jezioro i maszerują po lodzie. My oczywiście też :) Chcieliśmy pooglądać wiewiórki, Jaak nawet zabrał orzeszki, ale jak stwierdziliśmy wspólnie, musiały odlecieć na południe, bo żadnej nie było. Na wyspie podobno mieszka też wiele ptaków i zajęcy, mimo tego, że wyspa jest oblegana latem przez mieszkańców Helsinek i turystów.

A propos zajęcy, to widziałam ostatnio w nocy zająca na naszym osiedlu. Mamy tu niedaleko las, ale naprawdę trudno mi w to uwierzyć, że w środku miasta żyją sobie zające :]

Seurasaari jest również znana z tego, że latem rozpala się tu wielkie ognisko - robi to świeżo poślubiona para. Co ciekawe, znajduje się tu plaża nudystów (jedna z dwóch w Helsinkach i trzech w całym kraju). Ale dla tych co się podekscytowali - nie ma obszaru unisex, panie opalają się oddzielnie, panowie oddzielnie :P

Oczywiście wrzucam Wam trochę zdjęć, ale zrozumiem, jeśli już Wam się one nudzą, ciągle tylko śnieg i śnieg. Mi się póki co zupełnie śnieg i te przepiękne widoki nie nużą i tylko czekam na kolejną wycieczkę... Za tydzień pewnie pojedziemy do Porvoo, a dziś, za trochę więcej niż godzinę, wybywam do Oslo :)

Dla rockowych dusz mam dwa obczajone, fajne i klimatyczne miejsca. Pierwsze to Bäkkäri, inaczej Backstage. Taki bardziej pub, do posiedzenia, ale dzieją się też tu różne rzeczy. Myślałam, że zemdleję, gdy siedzieliśmy sobie, jak gdyby nigdy nic, odwracam główę, a tu Jussi z 69eyes, kupił butelkę jakiegoś alkoholu i wyszedł :) Miał na sobie beznadziejnie świecącą, czarną kurtkę :D

Drugi pub to Prkl Club, inaczej Perkele. Też fajny do posiedzenia, z bardziej metalową muzyką niż z Backstagu. Obie miejscówki w centrum, jedna przy Helsinki Railway Station, druga na Kamppi (co w sumie znaczy, że ze stacji dochodzi się tam w max 15 minut). Polecam!! :))

Jest zimno. Ranki to jakieś -20C, potem robi się trochę cieplej, ale czuć temperaturę. Maksymalnie trzy godziny na dworzu, potem trudno to znieść.

Do Helsinek wracaliśmy wczoraj środkiem jeziora, śniegu po kolana, a my dziarsko maszerujemy gęsiego. Fajne uczucie spacerować po lodzie :)
Choć podobno tylko ja się tak tym ekscytuję.

Ok, to zbieram się do Oslo. Trzymajcie kciuki. Oczywiście nie byłabym sobą - zapomniałam wymienić kasę i nie mam ani grosza w norweskiej walucie :P Hej, przygodo! :/

środa, 16 lutego 2011

Stockholm trip

Witam moich drogich Czytelników :)

Dziś mamy wieczór pod hasłem "Stockholm trip". Dzięki mojej cudownie obrotnej koleżance Adze, udało nam się dostać cztery darmowe vouchery na wycieczkę do Sztokholmu.

Warto znać tę opcję. Jeśli dysponuje się wolnym weekendem, ale z drugiej strony niewielkimi funduszami, można się wybrać na krótką wycieczkę do Sztokholmu. Cena w dwie strony, Helsinki - Sztokholm - Helsinki, to - jak mi mówi internet - 40 euro. My nie płaciłyśmy, ale o tym później. Pomysł na wycieczkę polega na tym, że się wsiada do wypasionego promu VikingLines (na ten przykład, bo są również inne linie), o godzinie 17:30 statek wyrusza. Noc spędzamy na statku, jest to 16 godzin, ale to złudzenie, że jest to dużo, bo prom oferuje tyle atrakcji, że aż ze wszystkim zdążyć nie można ;)
Przykłady? Party z tańcami, drinkami i palemkami. Oczywiście w kabinie mamy kuponiki zniżkowe na driny, co nam daje 4,5 za sztukę. Naturalnie Polek nie stać na takie rozkosze, więc się obeszły smakiem i skorzystały z innej atrakcji, jaką jest sklep bezcłowy, gdzie zakupiły piwo. Faktycznie nieco taniej niż w sklepie w Helsach, ale okazało się się, że nie można pić w kajutach, a już szczególnie alkoholu zakupionego na pokładzie w bezcłówce, więc właściwie obeszłyśmy się smakiem (no, troszkę wypiłyśmy). Innych zakupów za bardzo poczynić nie mogłyśmy, bo sklep bezcłowy okazał się bezczelnie drogi. Ale zrobiłam zapas kolki, też była trochę tańsza :)
Z innych rozrywek mamy do dyspozycji mini kasyno i pub, a także... uwaga, uwaga... basen i saunę. Basen mnie jakoś szczególnie nie poruszył, nie jest to moja ulubiona forma rozrywki, ale sauna, czemu nie? No, jednak nie, a powód jest dość oczywisty - cena. 6 euro za 1,5 godziny. Tylko że ja jeszcze nie umiem wytrwać w saunie 1,5 godziny :P Może Wam się wydawać - 6 euro, co to jest? Tylko 24 zł. To wyobraźcie sobie, że tyle płacę za chleb, mleko i trzy banany :P Ta kże sauny na shipie też nie było.
Ale i tak Wam polecam :) Można potańczyć salsę (lub popatrzeć, jak tańczą profesjonaliści), popatrzeć na przeróżnych freaków, fajnie jest :)
W kabinach są cztery łóżka i moje kochane koleżanki pozwoliły mi spać na górze (bo łóżka są piętrowe). Są też łazienki, serio. Z sedesem, prysznicem, umywalką i bieżącą wodą, a także płynami, mydłami, ręcznikami itp. Full wypas.
Rano koło 9:30 przybywa się do Sztokholmu. Prom w drogę powrotną odpływa o 17:30, więc mamy parę godzin na spacerek. Oczywiście, kto był w Sztokholmie, ten wie, że 8 godzin to jest nic. Trzeba by tu posiedzieć co najmniej ze trzy dni, żeby poczuć miasto. Sztokholm jest piękny i już myślę o powrocie tam.
Jak widzicie na zdjęciach, pogoda znów nam dopisała, słońce pięknie świeciło. Temperatura dość niska -10C, ale nie było tak strasznie. Nie będę pisać o Sztokholmie, bo to blog o Finlandii, powiem tylko, że te 8 godzin wystarczy, by połazić po Gamla Stan, gdzie znajduje się praktycznie całe stare miasto. A tam roi się od trolli, łosi, reniferów, kolorowych koni i innych szwedzkich cudów :)
A teraz opowiem Wam naszą przygodę :) Postanowiłyśmy się wybrać na pokład, żeby zobaczyć morze nocą. Stwierdziłyśmy, że skoro już idziemy, to trzeba szaleć i wybrałyśmy się na samą górę. Na całym piętrze ani żywej duszy, ale otworzyłyśmy drzwi i śmiało ruszyłyśmy na pokład. Połaziłyśmy, Kasia porobiła zdjęcia, pośmiałyśmy się i stwierdziłyśmy, że zamarzamy, więc wracamy. Niestety spotkała nas niespodzianka - drzwi nie dało się otworzyć z zewnątrz. Oczywiście była kartka z informacją o tym, ale nikt nie raczył czytać ostrzeżeń. I nigdzie ani żywej duszy. No to sobie wyobraźcie - mega mróz, noc, morze, nie ma jak się wydostać, żadnych ludzi, żadnego numeru, pod który można by zadzwonić... Ale na szczęście pojawił się anioł - pan z obsługi :) Tak że przygoda zakończyła się pozytywnie, jestem tu teraz z Wami :P

Jeszcze parę słów o CouchSurfing.org. Naprawdę polecam. Wycieczka nic nas nie kosztowała, Aga wyczaiła na CS gościa, który miał vouchery do rozdania. Będziemy polować dalej :)

A tymczasem idę spać i napiszę wkrótce :) Pozdrawiam!!!

PS. Aga jest w Helsinkach dość przypadkiem (typ, co kocha hiszpańskie klimaty) i często zdarza jej się marudzić. Opowiadała nam np. o swoich pierwszych znajomych, których poznała po przyjeździe i których imiona według niej nie wróżą jej niczego dobrego na czas pobytu w Helsinkach - Rosjanka Inna oraz Wietnamczyk Tuman. Paskudnie się z tym czuję, ale do tej pory nie mogę przestać się śmiać :)))

sobota, 12 lutego 2011

Turku trip

Hej :)

Nie było mnie aż 10 dni! Czuję, że w lutym nie będzie zbyt wielu postów. Mam tu mnóstwo rozrywek, a przerwy między nimi wypełniam nauką. Naprawdę - nie pisałam nie dlatego, że mi się nie chciało albo że znudził mi się blog. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że zdecydowanie bardziej na bieżąco powinnam pisać. Ale niestety - czasu na wszystko, co chciałabym robić, mi zwyczajnie brakuje. Mam wrażenie, że jestem skazana na wieczny niedoczas. Miałam podniosłe plany przed przyjazdem do Helsinek, że będzie to też mój czas odpoczynku. No... hm... Chyba że aktywnego.

Pokazuję Wam dziś zdjęcia z wycieczki do Turku. Turku jest położone na zachód od Helsinek, jakieś dwie godziny pociągiem. Do 1812 było stolicą Finlandii, podobno jest też najstarszym miastem Finlandii. Znajduje się tu pokaźny i ważny uniwersytet, założony w XVII wieku. Co ciekawe, nazwa pochodzi od starosłowiańskiego słowa 'tǔrgǔ' oznaczającego rynek bądź targ.
Jak pewnie zauważyliście - sporo podobieństw do naszego Krakowa. W przewodnikach możecie znaleźć takie porównania, jednak - choć Finlandię darzę głębokim uczuciem - Turku w porównaniu do Krakowa odpada. Można jednak porobić tu parę fajnych rzeczy - np. pójść do zamku wybudowanego u ujścia rzeki Aurajoki w II połowie XIII wieku. Znajdują się tu mroczne sale, wspaniałe komnaty, kapliczka, muzeum... Naprawdę warto zobaczyć, mi się bardzo podobało. Klimat niezgorszy :)

Można też pospacerować po zamarzniętej rzece (oczywiście jeśli wybierzecie się zimą). Ja się naturalnie bardzo podekscytowałam, bo w końcu marzyło mi się łażenie po wodzie - miałam okazję i było fajowsko :) Wieczorem też robi się bardzo klimatycznie, ponieważ w Turku jest dużo parków i gdy słońce zachodzi, jest naprawdę pięknie...

Ogólnie pogoda nam sprzyja, zawsze gdy się gdzieś wybieramy słońce pięknie świeci. Ale nie chcę Was łudzić - nie jest to częste zjawisko (mimo ilości "słonecznych" zdjęć, jakie tu wrzucam). Jak zdarzy się jeden słoneczny dzień w tygodniu, to już można się cieszyć. Normalnie niestety jest buro. I temperatura znów nam spadła - ostatnio jest koło -10C.

Do Turku pojechałyśmy pociągiem. Pociągi w Finlandii są cudowne, serio. Bez przedziałów, bardzo wygodne siedzenia, tak cichutkie aż trudno w to uwierzyć. Droga do Turku lutową porą zapierała mi dech w piersiach. Biel, wszędzie biały, lśniący puch. Nie wiem, o co mi chodzi, zawsze nienawidziłam zimy, ale tu jest zupełnie inaczej. Fińska zima, ze śniegiem i słońcem wprost mnie zachwyca...

W drogę powrotną zabrałyśmy się z Tomim, Finem poznanym przez Agę na CouchSurfing. Wyszło taniej niż pociągiem, więc powoli się przekonuję do tego sposobu podróżowania. Tym bardziej, że jutro jadę do Sztokholmu na dzień, bo dostałyśmy darmowe vouchery od jednego gościa z tego serwisu.

O, a w kolejny weekend do Oslo :) BTW, znacie może jakieś tanie miejsce to stay??

Wczoraj minął miesiąc, odkąd jestem w Finalndii. Nauczyłam się pić mleko do obiadu (szczególnie sojowe, polecam, na sam koniec, zupełnie jak pyszny deserek), jem też chleb z różnymi masłami. Umiem powiedzieć proste zdania, jak "Hauska tutustua", "Missä on posti?" itp., ale zdecydowanie muszę uczyć się pilniej. Zakochałam się w Helsinkach, nadal jeszcze biegam wszędzie, jakbym była w Warszawie, wyprzedzam innych i wkurzam się, bo muszę na nich czekać, ale zapadam się w ten helsiński spokój, luzuję... Przyglądam się co dzień lasom w bieli jadąc z domu do szkoły lub centrum. Wyobrażacie sobie lasy i stawy w środku miasta? Nie? To przyjedźcie, zobaczcie :) I cieszę się, bo jako obcokrajowiec wzbudzam zainteresowanie i totalnie nie narzekam na brak ciekawego towarzystwa. Również Finów, bo powoli poznaję ich coraz więcej. BTW, Helsinki są baaaaardzo multikulturowe, możecie tu spotkać ludzi z każdego zakątka świata. Mnie to osobiście nieco dziwiło, bo przecież to kraj na "dalekiej północy", o niewielkiej liczbie mieszkańców, a jednak coś tu ludzi ciągnie. Może i wyższy standard życia, choć podobno o pracę bardzo tu ciężko bez fińskiego. A nauczenie się fińskiego to makabryczny quest. Anyway, chciałabym tu zostać.

środa, 2 lutego 2011

Przyszedł luty :(

Huomenta!

Huomenta mówimy na zasadzie "Good morning". "Good afternoon" byłoby paiva. Można dodawać hyva, ale nie jest to konieczne (jest to bardziej formalna wersja). Postanowiłam nie stosować umlautów, tudzież kropek nad literami. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone, ale zdecydowałam się na to zaniechanie, bo w przeciwnym razie miałabym znacznie utrudnione pisanie. Obiecuję, że będę nadrabiać, jeśli zdarzy mi się korzystać z fińskiej klawiatury. No właśnie - unikam tego. Klawiatury stosowane w Finlandii, chociaż qwerty, różnią się znacznie od naszych polskich. Staram się więc za dużo nie pisać z ich wykorzystaniem, bo się wku.wiam niemiłosiernie już po 15 minutach. Znaki są totalnie poprzestawiane.

A propos "huomenta". Mój nauczyciel statystyki, Jyrki, prowadzi osobiste badanie. Jego hipoteza zakłada, że matematycy/informatycy/statystycy itp. nie są traktowani jako "human beings", dlatego też studenci nie odpowiadają im "dzień dobry". Na początku każdych zajęć mówi "dzień dobry" i sprawdza, ile osób mu odpowie. Ostatnio naliczył dwie odpowiedzi /w tym oczywiście moja :P/.

Tego typu wyniki skłaniają go to twierdzenia, że jego hipoteza jest słuszna. Mówiąc o tym, nawiązuje też do stereotypowego zachowania Finów, a mianowicie niechęci do rozmów, nieodpowiadania na podstawowe zwroty grzecznościowe, milczenie, nie uśmiechanie się zbyt często itp.
Jest to w ogóle bardzo ciekawa kwestia. Zdecydowanie istnieje taki stereotyp o Finach, aczkolwiek ja go wcześniej nie słyszałam, więc zastanawiam się, czy Finowie sami go nie rozpowszechniają. Z moich obserwacji nie wynika, żeby nacja ta była taka gburowata. Wszyscy Finowie, z którymi miałam do tej pory do czynienia, byli bardzo uprzejmi, pomocni itd. Ale niewątpliwie przeszkadza im taka opinia o nich, bo często słyszę komentarze na ten temat właśnie z ust Finów.

Co więcej, ostatnio poznałam pewnego Fina, którego narzeczona jest Polką, on sam jest zakochany w Polsce i bardzo mu zależało na tym, by mógł ćwiczyć swój polski z Polakami. Ohto również narzekał na to, że Finowie są asocjalni, gburowaci, mają w nosie proste, uprzejme pozdrowienia i dlatego m.in. on tak bardzo kocha Polskę - z typową dla Polski gościnnością, uprzejmością, wylewnością itp.
Naprawdę fascynuje mnie ten temat. Ja sama nic takiego nie zauważyłam, ale Finowie ewidentnie mają z tym problem. Może mnie to nie uderzyło, bo sama jestem bardziej "fińska" niż "polska"? Chociaż muszę się Wam przyznać, że byście mnie tu nie poznali, naprawdę. Tylu znajomych co tu to ja dawno nie miałam, tak chętna do socjalizacji na bank nigdy nie byłam :) To chyba atmosfera erazmusowa tak na nas wszystkich działa. Mimo to nie czuję, żebym jakoś zatracała siebie, swój indywidualizm czy coś w tym stylu. Jest... optymalnie, co mnie dziwi, bo nie jestem przyzwyczajona do czucia się "optymalnie" :)))

No więc tak to - jak w tytule, już luty :( Tak, smuci mnie to. Wiem, że to idiotyczne, bo minęły dopiero 3 tygodnie i jeszcze 4 miesiące przede mną, ale jak pomyślę o powrocie do Polszy, to już tak się czuję, hm... hm... nie... może jednak nie... Zadomowiłam się już na dobre, ale jednocześnie jest jeszcze masa rzeczy do odkrycia w samych Helsinkach, nie mówiąc już o wyprawach dalej, więc stan ekscytacji nie mija.

Na zakończenie ciekawostka: jeśli poznacie kiedyś jakiegoś Fina, to macie - na moje oko - 50% szans, że będzie miał na imię Mikko, Jyrki albo Jussi. Czytamy tak, jak piszemy, żadnych głosek typu "dż". Możecie się spokojnie zakładać, że zgadniecie imię :P Macie na dzień dobry w kieszeni duże prawdopodobieństwo wygranej :P

No dobra, to idę robić assigmenty. Buziaki :)

PS. Serdeczne pozdrowienia dla moich obserwatorów :P Chciałam też napisać, że pamiętam o zadaniach, które dostałam do sprawdzenia/znalezienia i opisania na blogu, ale są trudne :P I wymagają czasu :P