
No dobrze, tyle póki co o szkole, bo w końcu nie przyjechałam się tu uczyć, prawda? Nauka jest jedynie pretekstem!
Tavastia... Ta tajemniczo brzmiąca nazwa od dawna przewija się w moim życiu. Pojawiła się gdzieś tam w Bravo, potem wielokrotnie można ją było spotkać w serii pt. "Miasteczko namiętności" autorstwa znanej i poważanej Wielkiej Trójcy Kolneńskiej (Pato, Trawa, Dymacz). Tavastia jawiła nam się jako ziemia obiecana, miejsce, w którym doznamy szczęścia obcowania z najpiękniejszą muzyką na świecie, jaką jest fiński metal. Him, Nightwish, 69eyes - te i wiele innych kapel zlewały nam się w jedno słowo - Tavastia...
W sobotę, pamiętnego dnia 22.01.2011 roku stopy me stanęły na progu Tavastii (który możecie podziwiać powyżej). Rzeczywiście, knajpa okazała się być bardzo przyjemnym miejscem. Klimatyczna, niewielka, pełna ciekawych ludzi.
Do Tavastii przybyłam celem wysłuchania koncertu zespołu Daniel Lioneye.
Zespół - obok. Trochę brzydale z nich, ale na żywo jawią się lepiej. Kilka słów gwoli wyjaśnienia: zespół ten składa się w trzech piątych z członków kapeli HIM. Linde - gitarzysta i pomysłodawca projektu Daniel Lioneye(ten z dredami), Mige - bassss (w czapie) i Burton - stukanie w klawisze (którego natura obdarzyła najprzyjemniejszym do oglądania licem). Koncert okazał się być rzeźnią :) Chłopaki dali czadu. I nic się nie zmienili. Przez 45 minut znów miałam 15 lat i znów przeżywałam swój pierwszy prawdziwy koncert :) Tym razem w Tavastii.Potem grał Turisas. Też made in Finland, wcześniej ich nie znałam, ale zdecydowanie mogę polecać. Grają folk-metal, ciężką muzykę ze skrzypcami i akordeonem. Na akordeonie gra bardzo ładna i sympatyczna pani :) Gościu od skrzypiec po koncercie zrzucał koszulki ze sceny, mój towarzysz złapał jedną i szkoda, że nie widzieliście jego miny, jak okazało się, że koszulka jest dziewczyńska :P W tym momencie mojej historii pragnę złożyć serdeczne podziękowania mojemu koledze. Jorge, wiem, że nie zrozumiesz z tego ani słowa, ale baaaaardzo Ci dziękuję, że mnie wyciągnąłeś na ten koncert, i za koszulkę też Ci dziękuję :P
No i tak to było. A teraz obżeram się fazerowymi Dumlami z kawałkami nerkowców. Boże, jakie to pyszne jest...
A po lewej pokazuję Wam salmiakki. Mogą mieć na przykład kształt czaszek :P Wkręciłam się i bardzo mi smakują. Kupiłam też czekoladę salmiakkową, ale jeszcze nie próbowałam. Hm... kto chce się umówić: paczka z Biedronki za paczkę z fińskimi słodyczami? :PTo jeszcze kilka obserwacji i przemyśleń :)
U Finów normalną rzeczą jest zdejmowanie butów po wejściu do kogoś do domu. W Polsce niby też zdejmujemy, ale np. bardzo często podczas imprez się tego nie robi, albo też gdy przychodzi do nas np. elektryk albo hydraulik, to też nie zdejmuje... Tu jednak ten zwyczaj poszedł dalej. Nawet gdy przyszedł do nas pan hydraulik, to też w progu zdjął buty. Zdejmowanie butów jest dla Finów zupełnie naturalne, kulturalne osoby zawsze to robią. Różnicę da się zauważyć zwłaszcza porównując Finów do Erazmusów. Erazmusi (zwłaszcza z ci z Zachodu) mają w dupie zdejmowanie butów, co mnie osobiście drażni, bo śnieg jest po kolana, więc przynosi się ze sobą niezłe błotko.
Inna rzecz to imprezowanie i picie Finów. Pijanych Finów jeszcze za bardzo nie widziałam, choć podobno chleją na umór. Próbowano to nieco załagodzić wprowadzając coś na kształt prohibicji. Alkohol można kupić jedynie w sklepie o nazwie Alko. Sklepów tych jest swoja drogą bardzo mało (żadnego jeszcze nie widziałam). W normalnych sklepach można kupić wyłącznie piwo. Ale i tak chla się litrami :D Za to imprezowanie to coś, co się od razu rzuca w oczy. Nawet w środku tygodnia, gdy nocą wracam do domu, ulice w centrum są pełne. Helsinki są mega imprezowe! W Warszawie w czwartek czasem trudno znaleźć miejsce, w którym byłaby przyzwoita liczba osób, tu w środę o północy jest gwarniej niż w południe.
Na zakończenie kilka słów o Francuzach. Coraz mniej ich lubię. Jest tu ich bardzo dużo i cały czas gadają po francusku. Potrafią być tak bezczelni, że nawet gdy jestem tylko ja i np. trójka Francuzów, oni mówią po francusku i zlewają sobie, że ja nie rozumiem ani słowa. Oczywiście nie wszyscy tacy są, znam też kulturalnych Francuzów, a Francuzki są po prostu przesłodkie, ale generalnie jest taka tendencja i jest ona drażniąca. Ja z Polkami gadam po angielsku jak jesteśmy z innymi exchangami...
No to moi! :)
Hehe, niezły wpis:) rozwalił mnie totalnie tekst: "paczka z Finl., za paczkę z Biedronki" :) możemy dobić targu jak co, pamiętaj :P
OdpowiedzUsuńHmm, w kwestii Francuzów- moje z nimi doświadczenia tego nie potwierdzają, ale też słyszałem, że podobno straszne snoby i bufony... Weź im tam nosa utrzyj, w końcu "żaden madafaka nie podskoczy do Polaka" :)
Całym sercem się z Toba zgadzam. Francuzi sa bezczelni, ale Francuzki - przeslodkie ;)
OdpowiedzUsuńJames